Tytuł: Star Wars 055
Scenariusz: Kieron Gillen
Rysunki: Salvador Larroca
Historia: Hope Dies, part VI

Oto i dochodzimy do końca historii, której tytuł nie wróżył Rebelii nic dobrego. Ale czy faktycznie Nadzieja umiera, czy jest to tylko kolejna, imperialna groźba bez pokrycia? Odpowiedź jest oczywistą oczywistością, ale komiks i tak się broni.

Na wielki ekran to!

Świetnie, po raz kolejny zresztą, sprawdzają się tutaj sceny kosmicznych walk. Praktycznie co zeszyt dostajemy prawdziwe perełki, ale najlepsze zostało chyba na koniec. Sceny zuchwałej szarży samotnego kalamariańskiego krążownika na Egzekutora, czy rozpaczliwa akcja Hana za sterami X-Winga nawet już na komiksowych kartach wyglądały bardzo dobrze, ale ja po raz kolejny nie potrafiłem się powstrzymać przed wyobrażaniem sobie tego, jak cudownie sceny te wyglądałyby na wielkim ekranie. I już samo to sprawia, że historii Hope Dies oraz jej finałowej odsłony nie potępiam i nie uznaję za stracony czas i zmarnotrawiony papier.

Oczywiście nie łudzę się, że komiks może kiedykolwiek zostać zekranizowany (mówię o tym konkretnym komiksie, a nie ogólnie oczywiście), ale być może posłuży on chociaż jako inspiracja dla któregoś z filmowców, bo ja chętnie coś w tym stylu bym zobaczył.

Leć na Solo

Poza bezsprzeczną „obrazowością” zeszytu Star Wars 055, jego najmocniejszym punktem okazał się chyba Han Solo, który za sterami X-Winga radzi sobie niewiele gorzej, niż w swojej ukochanej „kupie złomu”. Tym razem obyło się może bez świetnych one-linerów, a Kieron Gillen postawił na subtelniejsze podkreślanie charakteru Hana i budowanie jego relacji z innymi postaciami. Aczkolwiek nie można też powiedzieć, by element komediowy był całkowicie pominięty. Najwyraźniej Han wciąż (złe wspomnienia z imperialnej akademii) jest bowiem ewidentnie uprzedzony do astromechów, a jego dialogi z Artoo są naprawdę udane.

„Hey, Rustbucket, if you hate flying with me that much, you can just eject yourself.” – Han Solo do swego astromecha, niejakiego R2-D2

Warto też dodać, że Star Wars 055 jest kolejnym numerem, w którym widzimy niemal epicką śmierć jednego z dowódców Rebelii (co wyjaśnia ich nieobecność w Imperium Kontratakuje). A to, poza fabularną spójnością oznacza też jeszcze jedną rzecz… Awanse!

Przydługi epilog

Jedynym większym zarzutem, który mam do tego komiksu, jest jego przydługi i niezbyt ciekawy epilog.

Bitwa została zakończona, dzień, mniej lub bardziej, uratowany, bohaterowie (i niedobitki floty) schroniły się w nadprzestrzeni, a na czytelników czekało jeszcze kilka stron wyjątkowo drętwych, jak na Kierona Gillena dialogów i wymuszonych scen, które wprowadzić nas miały do następnej historii.

Mogło być to rozegrane i rozpisane lepiej, ale całościowo komiks i tak wypadł przyzwoicie.

POPRZEDNIE NUMERY I WARIANTY OKŁADKI

Na zakończenie zachęcamy do zapoznania się z recenzjami wcześniejszej historii oraz poprzednimi odsłonami obecnej:

A także prezentujemy wariant okładki: