Tytuł: Star Wars 048
Scenariusz: Kieron Gillen
Rysunki: Salvador Larroca
Historia: Mutiny at Mon Cala, part V

Oto piąta odsłona Buntu na Mon Cala, a ja dopiero teraz jestem w stanie sprecyzować, co mi w tej historii nie leży i co sprawia, że nie jestem do niej w pełni przekonany.

Dualizm

Chodzi o jej dualizm. Z jednej strony mamy tutaj droidy w operze, czyli lekki wątek ewidentnie ukierunkowany na humor. Z drugiej mamy akcję ratunkową, która ma oswobodzić króla Lee-Chara, czyli misję o niebagatelnym znaczeniu dla całego Sojuszu.

I nie chodzi nawet o to, że jedno z drugim się gryzie. Połączenie humoru i wydarzeń o ogromnym ciężarze gatunkowym towarzyszyło Gwiezdnym Wojnom praktycznie od początku. Sęk w tym, że ani jeden, ani drugi wątek nie wykorzystuje w pełni drzemiącego w nim potencjału, a zestawione razem potęgują swoje braki. A szkoda, bo kto jak kto, ale Kieron Gillen powinien potrafić doskonale wykorzystać wspomniany potencjał.

Wszak na przestrzeni ostatnich lat to właśnie on najlepiej radził sobie chyba z humorystycznym aspektem komiksów spod znaku Star Wars. A tutaj wszystko sprawia wrażenie wymuszonego, wtórnego i najzwyczajniej w świecie, niezbyt śmiesznego. Jak chociażby odpicowanie Artoo i Threepio. Może kogoś ich nowy image rozbawi, dla mnie scena była po prostu żenująca.

Umarł król…

Nieco lepiej wypadają przygody ekipy wypadowej, która w końcu odnalazła króla Mon Cali. Niestety okazało się, że Lee-Char jest już u kresu swej drogi i z pewnością nie stanie on ramię w ramię z Leią, by poprowadzić Rebelię do zwycięstwa. Ale wciąż może natchnąć swój lud i poderwać go do walki.

Jak można było bez większych problemów przewidzieć, to właśnie zrobił, a ingerencja ze strony szturmowców i ich w tym przypadku wyjątkowe celne strzelanie tylko dodały mocy ostatnim słowom króla.

I tutaj niby nie ma się do czego przyczepić, ale przemówienie Lee-Chara nie było moim zdaniem napisane najlepiej. Ja rozumiem, że od człowieka (czy karpia) będącego jedną nogą w grobie trudno oczekiwać płomiennej mowy, ale wiemy też, że fikcja rządzi się swoimi prawami i osobiście oczekiwałem w tym aspekcie więcej. Zresztą sama śmierć króla również mnie nie przekonała i jej okoliczności okazały się anty klimatyczne.

…niech żyje Rebelia

Ale może się czepiam i trochę przesadzam. Bunt na Mon Cala to wciąż historia co najmniej solidna, która w sensowny sposób wyjaśnia pochodzenie rebelianckiej floty. Dlatego też mimo wszystko z ciekawością czekam na jej ostatni akt. A także to, co nadejdzie później…

POPRZEDNIE NUMERY I WARIANTY OKŁADKI

Na zakończenie zachęcamy do zapoznania się z recenzjami poprzednich części obecnej historii:

A także prezentujemy wariant okładki: