Święta oraz premiera jakiegoś niszowego i offowego filmu (Skywalker. Odrodzenie, czy coś takiego) znacznie opóźniła i uszczupliła nasze reakcje na siódmy odcinek Mandalorianina, ale ważne, że rzutem na taśmę zdążyliśmy, przed finałem sezonu. Tradycyjnie ostrzegamy przed SPOILERAMI.

MICHAŁ MICHAŁOWSKI

I o to chodziło! Narastające wątpliwości wobec serialu po wcześniejszych dwóch odcinkach zostały rozwiane, a w przedostatnim już w tym sezonie zaserwowano nam wytrawny kąsek. Poboczni bohaterowie powracają na główny plan, a Mandalorianin z ich pomocą postanawia wyeliminować zagrożenie wiszące nad nim i jego małym zielonym towarzyszem. Cieszy szczególnie ponowna obecność IG-11, chociaż jego naprawa przez Kuiila nie była zbyt wielkim zaskoczenie. Po materiałach promocyjnych zapowiadało się, że droid będzie towarzyszył głównemu bohaterowi w jego przygodach, ale po pierwszym odcinku te nadzieje zostały zniszczone, niczym zwoje w jego walcowatej głowa. Na szczęście, chociaż nie wiadomo co jeszcze przyniesie nam finał, od drugiego sezonu duet Mandalorianina i IG-11 może być faktem. Poza tym każda pozostała rzecz w odcinku cieszyła, od nocnego starcia ze skrzydlatymi stworami na wulkanicznej pustyni Nevarro, jasnej i ciemnej strony mocy w wykonaniu małego, nawrócenia szefa gildii, doliczaniu się kolejnych szturmowców przez Carę (tak, więcej niż czterech) po finalną konfrontację z udziałem elitarnego oddziału moffa Gideona. Resztki Imperium nie tolerują porażek, a tych imperialny prefekt popełnił zbyt wiele. Pragmatyzm, który idealnie pasuje dla grupy dowodzonej przez postać zagraną przez świetnego Giancarlo Esposito. Nie mogę się doczekać na to, co przyniesie nam ostatni odcinek sezonu!

MATEUSZ WASILEWSKI

Siódmy odcinek Mandalorianina zatytułowany The Reckoning przywrócił mi wiarę w ten serial! Mando otrzymuje propozycję nie do odrzucenia od przywódcy Gildii Łowców Nagród – Greefa Kargi, którego poznaliśmy w pierwszych odcinkach. Ma pomóc mu pozbyć się Klienta, któremu zwędził swojego uszatego zielonego przyjaciela, a ten teraz psuje mu interesy. Nasz bohater doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak trudne będzie to zadanie. Dlatego postanawia prosić o pomoc towarzyszy z poprzednich odcinków. Taki rozwój sytuacji przypadł mi do gustu, bo czekałem na to, aby Mandalorianin zebrał ekipę. Wraca Cara Dune, wraca Kuill oraz IG-11, który został przywrócony do życia przez Ugnaughta. Fabuła przebiega przetartymi szlakami, ale ogląda się to naprawdę dobrze. Otrzymujemy w tym odcinku kilka potyczek, pościg, poznajemy w końcu głównego złego i dostajemy cliffhanger, który sprawia, że znów nie mogę się doczekać następnego odcinka. Zielony pokazuje też kilka sztuczek mocy oraz ogromne przywiązanie do naszego bohatera zakutego w zbroję. Mamy również nawiązanie do Skywalker. Odrodzenie, co jest ciekawym smaczkiem dla każdego fana. Chociaż spodziewałem się, że będzie trochę mocniejsze. Może w przyszłych sezonach? W tym odcinku dostaliśmy wszystko czego powinniśmy spodziewać się od przygodowego serialu w uniwersum Gwiezdnych wojen. Liczę na to, że ostatni odcinek będzie tak samo dobry jak siódmy, a nawet lepszy. W końcu wrócił mi apetyt na Mando i mam nadzieję, że finał sprawi, że nie będę mógł się doczekać drugiego sezonu.

GRZEGORZ GRYZIO

Od początku odcinka najwięcej uwagi i czasu poświęcono spotkanemu już wcześniej Kuillowi. Poznajemy go jeszcze bliżej… Zaskakujący jest też fakt dogadania się Mando z szefem gildii co do załatwienia sprawy BaYo (Baby Yoda). Jestem w stanie zrozumieć również zachowanie BaYo który w scenie siłowania się na rękę używa mocy do obrony Mando, jest to zapewne podyktowane obawą o jego przybranego Tatusia. To co mnie wcisnęło w fotel to pojawienie się Death Trooperów zwieńczone lądowaniem TIEa. Niby nic nie wyróżniający się jednak lądujący w niespotykany dla nie dotąd sposób. Śmierć Kuilla na końcu pozwala mi zrozumieć dlaczego na początku odcinka tak dużo o nim dostajemy.

WOJTEK WIŚNIEWSKI

Cóż to był za odcinek! Tak wspominałem ww swojej recenzji, bardzo trudno pisało się o nim bez spoilerów, więc tutaj powiedzieć mogę coś więcej.

Znów dostajemy fabułę prostą i oklepaną, ale absolutnie mi to nie przeszkadza, bo długo czekałem, aż Mando niczym bracia Blues obleci odwiedzane wcześniej planety z hasłem „We’re putting the band back together”. Wróciła Cara, wrócił Kuiil, a także, dość niespodziewanie, IG-11 w nowej odsłonie. Na to czekałem, tym bardziej, że pojawiły się nawet jakieś interakcje pomiędzy bohaterami wspomagającymi Mando.

W formie znów jest Yodzik (a może Darth Yodzik??), ale najbardziej cieszy fakt, że choć jego sceny były świetne, to mimo wszystko nie skradły szoł, bo cała reszta oddziaływała i angażowała widza co najmniej w równym stopniu. Mam nadzieję, że od tej pory stanie się to standardem.

Ze świetnej strony pokazał się debiutujący w serialu moff Kurczak vel Gideon. Pokazał, że nie jest to ktoś, z kim można sobie pogrywać, mam więc nadzieję, że dotrwa on do 2. sezonu, w którym rozwinie skrzydła i stanie się pełnoprawnym nemezis naszego bohatera.

Jedyne co mi się nie podobało, to nocne starcie z jakimiś randomowymi ptaszydłami, które zdołały zadać zaskakująco duże straty grupie zaprawionych ponoć w bojach wszelakich weteranów. Poza tym, w przeciwieństwie to innych starć z „fauną”, to nie wyglądało za dobrze.

Ale ten drobny mankament w żaden sposób nie wpłynął na odbiór odcinka, który poza wszystkim innym, zaserwował nam piorunującą końcówkę, której ja osobiście zupełnie się nie spodziewałem, a która sprawiła, że autentycznie martwię się o los pozostałych głównych bohaterów.

A teraz powracamy do tego, co najważniejsze, czyli pytania, jak Wy oceniacie siódmy odcinek?

RECENZJE I REAKCJE

Na koniec zapraszamy do lektury recenzji poprzednich odcinków, a także poprzednich reakcji: