Tytuł: A Fool’s Hope (S04E14), Family Reunion… and Farewell (S04E15)

No i stało się. Serial Star Wars Rebelianci dobiegł końca! Pytanie tylko, czy po wzruszającym i niezwykle emocjonalnym Jedi Night oraz szokującym A World Between Worlds, twórcy potrafili pokonać tak wysoko zawieszoną poprzeczkę i dać fanom finał, który będzie godnym zwieńczeniem minionych czterech lat? Na to pytanie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć.

For Ezra

Od początku było wiadomo, że to właśnie młody Bridger będzie centralną postacią serialu. Początkowo był to wyjątkowo irytujący smarkacz, którego każde pojawienie się na ekranie i każde opuszczające jego usta słowo było złem koniecznym. Przez lata dorósł jednak, spoważniał, a Moc stała się w nim silniejsza. Oczywiście, jak to mawiał inny zagubiony nastolatek wychowujący się bez rodziców – Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność. O dziwo Ezra nie ugiął się pod tą presją, na swoje barki wziął odpowiedzialność nie tylko za załogę Ducha i jej sprzymierzeńców, ale także za swój dom, planetę Lothal.

„For that boy, there is nothing I would not do.” – Hondo Ohnaka

Niestety szkopuł w tym, że to, co następuje dalej, widzieliśmy już w Rebeliantach (i nie tylko) wiele razy. Znów mamy niemal niemożliwe szanse i bazowanie w równej mierze na bohaterstwie i zaradności towarzyszy, co na nieudolności imperialnych oficerów (nieudolność szturmowców w uniwersum zakorzeniona jest tak głęboko, że nie ma sensu o niej nawet wspominać). A koniec końców bohaterów i tak ratować musi swoiste deus ex machina, tym razem jednak nie w formie droidów, a potężnych bestii.

Oglądając dwa ostatnie odcinki nie odczuwało się też ciągłego poczucia niepewności i zagrożenia, które wisiało nad widzem w Jedi Night i skrystalizowało się w śmierć Kanana. Tym razem twórcy poszli chyba nieco na łatwiznę i wybrali najłatwiejszą, wydeptaną przez lata ścieżkę. Dlatego też finałowe odcinki z przykrością uznać muszę za rozczarowujące i niegodne zakończenia całego serialu.

To nie jest Thrawn, którego szukamy

Niestety w ten trend wpisał się także Thrawn. Jest to drugi z rzędu finał z Chissem w roli głównego antagonisty, który wypada poniżej oczekiwań i nie potrafi utrzymać poziomu poprzedzających go odcinków. O ile początkowo byłem podekscytowany pojawieniem się legendarnego wielkiego admirała w Rebeliantach, o tyle z czasem postać ta zaczęła coraz bardziej „zgrzytać”. Bynajmniej nie dlatego, że jest to postać słaba, wręcz przeciwnie! Od czasu pojawienia się poświęconej mu powieści (o Thrawnie pisaliśmy tutaj >>) i doświadczenia pełni jego geniuszu, widać wyraźnie, że Thrawn w Rebeliantach się dusił i nie mógł w pełni rozwinąć skrzydeł. Gdyby to zrobił, główni bohaterowie serialu nie mieliby żadnych szans i padliby w przeciągu odcinka, może dwóch.

W finale całej serii, owe ograniczenia okazały się bardziej dotkliwe niż kiedykolwiek, a Thrawn pokonany został niemal z dziecinną łatwością. Owszem, doszły do głosu siły, których istnienia i interwencji nie mógł przewidzieć, tym niemniej po dwóch latach budowania na nowo jego reputacji, czy wręcz legendy, spodziewałem się po nim więcej. To już lepiej wypadła Arihnda Pryce grillując Kanana na chrupko. Pomimo ogromnego kosztu, wykazała zdecydowanie i bezwzględność, których Thrawnowi momentami mocno brakowało.

„I expected Governor Pryce to fail, but not so completly.” – Thrawn

Niestety w finale Gubernator Lothal wróciła do tego, do czego zdążyła nas przyzwyczaić, a mianowicie ponoszenia druzgocących porażek. Niewiele lepiej spisał się Rukh. Ten jakże groźny, przynajmniej w teorii, zabójca znów otrzymał w udziale rolę chłopca do bicia, także w gruncie rzeczy dobrze, że Zeb w sposób ostateczny postanowił oszczędzić mu dalszych upokorzeń.

O ile jego podwładni definitywnie zakończyli swoje kariery, tak dla samego Thrawna pozostaje jeszcze nadzieja. Jego los nie jest znany i choć spodziewać można się najgorszego, ja wierzę, że niebieskoskóry admirał jednak przeżył i któregoś dnia powróci, by… No właśnie, ciekawe po której stronie opowie się wracający po latach Thrawn.

The circle in now complete…

I kiedy już myślałem, że finał przyjdzie spisać na straty (nawet pomimo wizyty samego Imperatora i jego gwardzistów! oraz rewelacyjnej muzyki), doszliśmy do ostatnich trzech minut serialu… Historia zatoczyła koło, z tą tylko różnicą, że teraz to Sabine (co ona zrobiła z włosami!?!?!) zamieszkuje samotną wieżę komunikacyjną wyrastającą wśród łąk Lothal. To dzięki niej dowiadujemy się, że cała załoga Ducha przeżyła wojnę. Przekonujemy się, kto zabrał do domu swego chłopaka, by przedstawić go rodzicom, kto dorobił się potomstwa, a kto uczestniczył w bitwie o Endor (tak, to już absolutnie oficjalne – w Powrocie Jedi widzieliśmy Rexa!). Dowiadujemy się także, kto został strażniczką Lothal, aż do czasu, gdy pewna dziwnie znajoma Togrutanka uświadomiła jej, że najwyższy czas ruszyć na poszukiwanie Ezry…

Tak oto doczekaliśmy się obrzydliwie słodkiego, hollywoodzkiego do szpiku kości happy endu… Ale co ciekawe, on zadziałał. Oglądając go miałem gulę w gardle, a do oczu cisnęły się łzy wzruszenia. Poczułem też coś, czego nie czułem od… Od czasów, gdy Oryginalna Trylogia była jedyną trylogią, a ja oglądając ostatnią scenę Powrotu Jedi czułem smutek, bo nadchodził czas, by pożegnać się z najlepszymi przyjaciółmi. Tak też czuję się dziś, kiedy żegnam się z Rebeliantami, co chyba najlepiej świadczy o tym, jak bliscy stali mi się oni przez lata i jak bardzo będzie mi ich brakowało.

„And remember, the Force will be with you… always” – Ezra Bridger

 

 

Poprzednie odcinki

A oto nasze recenzje poprzednich odcinków 4. sezonu Rebeliantów: