W prezencie na jego osiemnaste urodziny przygotowałem recenzję Epizodu I. Ale jak powiedziało się „Mroczne widmo”, trzeba powiedzieć też „Atak klonów”, odświeżyłem sobie więc i drugi z prequeli, by przygotować kolejną retro recenzję.

Wtedy

Powiedzieć, że rozczarowujące Mroczne widmo ostudziło mój entuzjazm związany z marką Star Wars, byłoby eufemizmem. Dlatego też Atak klonów budził znacznie mniejsze emocje. I to nie tylko moje. Cały marketingowy szum też zdawał się być znacznie mniejszy. Oczywiście nie znaczy to, że znów ze znajomymi nie wybraliśmy się na premierę kolejnego filmu George’a Lucasa, ale fakt, że nie pamiętam z niej właściwie nic, najlepiej świadczy o randze tego wydarzenia. A raczej jej braku.

Oczywiście nie pomógł fakt, że kolejny film oznaczał kolejne rozczarowanie. Epizodowi II doskwierało wszystko to, na co cierpiał jego poprzednik. Niestety objawy toczącej markę choroby tylko się nasiliły. Kiedy tylko zobaczyłem Haydena Christiansena w roli Anakina szybko zatęskniłem za małym Jakiem Lloydem, który nie był może wielkim dziecięcym aktorem, tym niemniej miał swój urok. Coś, czego Haydenowi najwyraźniej brakowało, zresztą tak samo, jak umiejętności aktorskich.

Nie przekonała mnie także relacja Anakin-Obi-Wan i była ona bladym odbiciem dynamiki, jaką wytworzyli Liam Neeson i Ewan McGregor,  jako Qui-Gon i młody Obi-Wan (może to kwestia tych dwuczłonowych imion). I tylko Jango Fett spełnił pokładane w nim nadzieje. Czy była to walka z Obi-Wanem na Kamino, czy też ściganie go w pasie asteroidów otaczającym Geonosis, „ojciec” Boby pokazywał się z naprawdę dobrej strony.

Niestety nie da się powiedzieć tego o stronie wizualnej filmu. O ile w Epizodzie I bitwa na zielonych wzgórzach Naboo nie raziła mnie komputerozą, o tyle starcie armii klonów i droidów na brązowo-pomarańczowej Geonosis już tak.

Zauważyliście, że nawet nie wspomniałem o jakże płomiennym i namiętnym romansie Anakina i Padme? A dlaczego? Odpowiedź jest prosta – nie zwykłem kopać leżącego… Żartowałem! Zaraz do tego przejdę 😀

Teraz

Tutaj zacznę od tego nieszczęsnego wątku miłosnego. Czytałem jakiś czas temu artykuł, który próbował bronić całego filmu, a w szczególności właśnie romansu Aniego i Padme. Autor, w sumie nie bez racji twierdził, że nastolatek dorastający bez ojca, przez lata wychowywany w szkole z internatem nie miał prawa być jakimś Casanową. Jego bezsensowne teksty czy drętwe zachowanie (zamierzone czy też nie) byłyby w takiej sytuacji całkiem naturalne. I ok, mogę się zgodzić, że jest w tym trochę racji. Z drugiej jednak strony nie po to idziemy do kina, by oglądać coś, z czym znaczna część z nas sama zmagała się na co dzień. O nie. Skoro w kinie nieporadni społecznie nastolatkowie nie mają pryszczy, nie powinni mieć też takich problemów z rozmawianie z płcią przeciwną. Poza tym dla kiepskiego aktorstwa i żenujących dialogów usprawiedliwienia po prostu być nie może.

Zresztą parę innych dialogów oraz fabularnych zagrywek było mocno nietrafionych. Choćby całe kulisy powstania armii klonów. Klonerzy mówią, że armię zamówił mistrz Sifo-Dyas, ale Obi-Wan wierzy, że ów mistrze wtedy już nie żył – lampka ostrzegawcza. Jango Fett, czyli pierwowzór klonów, mówi że za użyczenie jego DNA zapłacił mu Lord Tyranus – już za samo imię należała się lampka ostrzegawcza. No a Jango okazuje się zausznikiem Hrabiego Dooku i najemnikiem na usługach Separatystów – i nawet to nie zapaliło lampki ostrzegawczej? Ileż jeszcze musiałoby ich być, by rada Jedi choćby zastanowiła się nad wykorzystaniem klonów?

A Obi-Wan, miłujący pokój i ceniący wszelkie życie rycerze Jedi mówiący, że nie może doczekać się, by zobaczyć armię klonów w akcji? Jakiś absurd. A to tylko parę przykładów z długiej listy fabularnych dziur i nonsensów, które zafundował nam George Lucas wraz z Epizodem II.

Przychodzi mi też na myśl pewne porównanie z Przebudzeniem Mocy. Po Epizodzie VII podniosły się całkiem liczne głosy, jakim to Kylo jest płaczkiem i narzekaczem. I owszem, może i trochę jest, ale to Anakin w Epizodzie II był mistrzem narzekania i chyba najbardziej płaczliwą postacią w historii kina.

Podsumowanie

Niestety w przeciwieństwie do Mrocznego widma, Atak klonów nic nie zyskał z upływem lat. Powiem więcej, oglądanie filmu było dla mnie jeszcze bardziej męczące, niż dawniej. Postanowiłem więc nie wracać do niego przez następne kilka lat.