W dniu jego święta (18 urodziny) postanowiłem sprawić Epizodowi I mały prezent i przygotować jego retro recenzję. Będąc świeżo po obejrzeniu Mrocznego Widma będę oceniał jak dobrze (lub jak źle) się ono zestarzało oraz jakie emocje wywołuje obecnie.

Tak było

Oczywiście nie mogę zacząć inaczej, niż od sięgnięcia pamięcią te osiemnaście lat wstecz i przypomnienia sobie premiery pierwszego z prequeli. Byłem już wtedy całkiem zagorzałym fanem SW (oglądającym Oryginalną Trylogię średnio raz w tygodniu), więc wspólnie z z grupą znajomych wybraliśmy się na pierwszy możliwy seans. Pełni nadziei na powrót starwarsowej magii oraz nakręceni wszechobecnymi gadżetami i dowodami na skuteczność filmów w służbie marketingu (na tamte lata było to coś naprawdę niespotykanego) byliśmy jak najlepszej myśli.

Zasiedliśmy więc wygodnie w fotelach, otworzyliśmy pierwsze paczki chipsów sprawdzając jakie Tazo trafiliśmy, spędziliśmy następne pół godziny oglądając reklamy, by w końcu usłyszeć Tę Muzykę… Która okazała się wstępem do kolejnej reklamy! Aczkolwiek trzeba przyznać, że PZU odwaliło wtedy kawał dobrej roboty tworząc dedykowany spot.

Na szczęście był on już ostatnim, właściwy film w końcu się rozpoczął, a wraz z nim kolorowa, komputerowa jazda bez trzymanki. Nie brakowało w niej zupełnie nowych postaci (choć niektórych z nich wolelibyśmy wcale nie oglądać – tak Jar Jar, patrzę na Ciebie), statków, planet i obcych. Zobaczyliśmy też kilka znanych twarzy, na które tak czekaliśmy. Niestety paru rzeczy zabrakło. Cóż z tego, że Jedi stali się nagle żwawi jak nigdy dotąd, a my zobaczyliśmy walki na miecze świetlne, przy których 4-epizodowe starcie Obiego z Vaderem okazało się geriatryczną karykaturą, skoro zabrakło tego, za co Star Wars pokochałem, czyli kultowych dialogów. Cóż z tego, że dostaliśmy postacie, które naprawdę miały potencjał poruszyć widzów, skoro aktorzy nie udźwignęli swoich ról. Cóż z tego, że było naprawdę efektownie, skoro zabrakło magii i dreszczy na cały ciele. Cóż z tego, że nowe Gwiezdne Wojny, skoro Jar Jar.

O tak, ciapowaty Gunganin obrywał wtedy z każdej strony i stał się symbolem wszystkiego tego, co w prequelach najgorsze. Oczywiście zaraz obok Georga Lucasa i jego ukochanych efektów komputerowych, które kosztowały Gwiezdne Wojny duszę.

Jak więc można się domyślać, wychodząc z kina te 18 lat temu byłem bardzo mocno rozczarowany. A jak jest dziś?

Tak jest

Okazuje się, że dziś Mroczne Widmo oglądam z dużo większą przyjemnością i znacznie mniejszym żalem do George’a. Z Jar Jarem miałem okazję się oswoić. Drewnianego aktorstwa wszędzie w koło też jakby więcej, więc w mojej ukochanej Sadze już tak ono nie boli. Patrząc z perspektywy czasu, efekty specjalne po raz kolejny wyprzedziły chyba swój czas. I tylko te nieszczęsne midichloriany i niepokalane poczęcie są mi wciąż solą w oku.

Ale że o solenizantach nie wypada mówić źle, postaram się skupić na tym, co w Mrocznym Widmie docenić zdecydowanie należy.

Narzekałem na dialogi, ale przyznać muszę, że koniec końców Epizod I nie był w nie aż tak ubogi. Czy to zabawne one-linery (You were right about one thing, Master. The negotiations were short.), czy złowieszcze i kozackie zapowiedzi (I will make it legal), czy też kultowe nauki mistrza Yody (Fear leads to anger. Anger leads to hate. Hate, leads to suffering), wszystkie dawały radę.

Wizualnie także jest bardzo dobrze. Jak Oryginalną Trylogię kocham szczerze i wciąż żarliwie, doskonale zdaję sobie sprawę, że oglądane dziś, filmy mocno już trącą myszką i są momenty wywołujące delikatny uśmieszek zażenowania. A Mroczne Widmo, chociaż już pełnoletnie, wizualnie wcale nie odstaje od powstających dziś filmów. Taka Bitwa o Naboo na przykład. Mogła naprawdę być sceną epicką, wystarczyłoby uderzyć w nieco poważniejsze tony i wyciąć z niej Jar Jara.

Niestety od tego tematu nie da się uciec, bo jest to faktycznie największy mankament Epizodu I. Nie uważam, że jest to z gruntu poroniony pomysł. Co więcej, uważam, że byłby on całkiem niezłym uzupełnieniem filmu, gdyby tylko wyciąć wszystkie jego pseudo humorystyczne sceny. Wszelkie wkładania łap i jęzorów gdzie nie trzeba, wszystkie sytuacje z dupy (dosłownie), czy jakiekolwiek sceny militarne. Wierzę, że bez tego zyskałaby bardzo i sama postać, i cały film.

No ale mamy, to co mamy i trzeba się cieszyć pozytywami. A do tych należy także zaliczyć genialną muzykę (jest to jak dla mnie szczytowe chyba osiągnięcie Johna Williamsa) oraz cudowne starcie pomiędzy Maulem, a Qui-Gonem i Obi-Wanem. Pisałem wcześniej, że brakowało mi tutaj epickich dialogów, jednak z czasem przekonałem się, że świetna choreografia, dynamika oraz genialne wykorzystanie scenerii generatora na Naboo nadrobiło te braki i uczyniło ze wspomnianej walki zdecydowanie najlepszą w historii Gwiezdnych Wojen. Za samą tę scenę, jestem w stanie wybaczyć George’owi Jar Jara i nawet kilka midichlorianów. Szkoda tylko, że potencjał Dartha Maula został tak zmarnowany i w sumie dobrze, że Dave Filoni postanowił ratować nieco sytuację (wiele osób może się nie zgodzić, ale chociażby dla Twin Suns warto było go wskrzeszać).

Bonus

Jako bonus i dodatkową zaletę Mrocznego Widma należy wymienić genialny moim zdaniem plakat, który promował film. Gwiezdne Wojny dorobiły się wielu olśniewających plakatów, czy to oficjalnych, czy też fanowskich, ale poniższy jest dla mnie do dziś dnia jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym:

A Wy jak dziś zapatrujecie się na Mroczne Widmo?