Niestety w związku z panującą pandemią, inauguracja cyklu wydawniczego opowiadającego o czasach Wielkiej Republiki (The High Republic) przesunięta została na początek przyszłego roku. Na szczęście już dziś dostajemy przedsmak tego, co nas czeka, bowiem w portalu IGN pojawił się pierwszy rozdział powieści Light of the Jedi autorstwa Charlesa Soule.

Co więcej, w rozdziale tym poznajemy szczegóły wielkiej katastrofy, która, jak mówi sam autor, zmienia Wielką republikę na zawsze!

Oczywiście my, jak zawsze, zadaliśmy sobie trud, by przetłumaczyć dla was cały fragment. A zatem pozostaje nam życzyć miłej lektury.

Fragment powieści Light of the Jedi

Oto on:

Moc jest z galaktyką.

To czas Wielkiej Republiki: pokojowej unii podobnie myślących światów, gdzie każdy głos jest usłyszany, a decyzje zapadają dzięki konsensusowi, a nie przymusowi, czy strachowi. To czas ambicji, kultury, integracji społecznej, Wielkich Prac. Kanclerz-wizjonerka Lina Soh przewodzi Republice z eleganckiego miasta-światu Coruscant, umiejscowionego blisko samego Jądra galaktyki.

Ale poza Jądrem i jego wieloma pokojowymi koloniami, są także Rubieże – Wewnętrzne,Środkowe i w końcu, na granicy poznanej przestrzeni – Zewnętrzne Rubieże. Ich światy pełne są możliwości dla tych, którzy są dostatecznie odważni, by przemierzyć jeden z zaledwie kilku przetartych szlaków nadprzestrzennych do nich prowadzących. Ale nie brakuje także niebezpieczeństw. Zewnętrzne Rubieże to także doskonałe miejsce dla wszystkich, którzy pragną uciec przed prawem Republiki i pełno na nich drapieżników każdego typu.

Kanclerz Soh poprzysięgła, że włączy światy Zewnętrznych Rubieży do Republiki poprzez ambitne programy, takie jak Starlight Beacon. Na galaktycznej granicy prawo i porządek utrzymywane są przez rycerzy Jedi, strażników pokoju, którzy posiedli niezwykłe zdolności dzięki tajemniczej energii zwanej Mocą. Jedi współpracują z Republiką i zgodzili się założyć placówki na Zewnętrznych Rubieżach by pomagać wszystkim, którzy mogą tego potrzebować.

Stacjonujący tam Jedi mogą być jedyną deską ratunku dla ludzi, którzy nie mają się do kogo zwrócić. I choć te placówki działają niezależnie i nie podlegają bezpośrednio wielkiej świątyni Jedi na Coruscant, skutecznie zniechęcają one wszystkich, którzy mają złe zamiary.

Niewielu jest takich, którzy są w stanie mierzyć się z Rycerzami Zakonu Jedi.

Ale zawsze są tacy, którzy spróbują…

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NADPRZESTRZEŃ. STATEK LEGACY RUN.

3 GODZINY DO UDERZENIA.

Wszystko idzie dobrze.

Kapitan Hedda Casset po raz wtóry przyjrzała się odczytom na wyświetlaczach wbudowanych w jej stanowisko dowodzenia. Zawsze przeglądała je przynajmniej dwa razy. Miała za pasem ponad cztery dekady latania i była zdania, że sprawdzanie wszystkiego po dwa razy było głównym powodem, dla którego wciąż latała. Tym razem ponowne sprawdzenie potwierdziło wszystko, co zobaczyła za pierwszym razem.

– Wszystko idzie dobrze – powiedziała ponownie, tym razem już na głos komunikując to załodze mostka. – Poruczniku Bowman, mostek należy do pana.

– Przyjąłem, pani kapitan – odpowiedział jej pierwszy oficer wstając z własnego stanowiska przygotowując się do zajęcia jej, aż do czasu gdy powróci ze swej wieczornej przebieżki.

Nie każdy kapitan długodystansowych frachtowców dowodził swoim statkiem, jakby był to okręt wojskowy. Hedda widywała statki z zaplamionymi podłogami, cieknącymi rurami i popękanymi szybami w kokpitach, co nieodmiennie ją bolało. Ale Hedda zaczynała swoją karierę jako pilotka myśliwca w połączonych siłach zbrojnych Malastare i Sullust, stojących na straży porządku ich małego sektora Środkowych Rubieży. Początkowo latała myśliwcem Incom Z-24, jednoosobową maszyną, którą wszyscy nazywali Bzyczkiem. Były to głównie akcje policyjne, tropienie piratów i tym podobne. Z czasem doszła ona jednak do dowodzenia ciężkim krążownikiem, jednym z największych okrętów w ich flocie. To była dobra kariera i wykonywanie dobrej roboty.

Siły zbrojne opuściła z honorami i zajęła się dowodzeniem okrętów handlowych dla Gildii Byrne. Była to jej wersja odprężającej emerytury. Ale ponad trzydzieści lat w wojsku sprawiły, że porządek i dyscyplina nie tylko miała we krwi, one były jej krwią. Dlatego też, każdy statek, na którym latała, był dowodzony tak, jakby zaraz miał stoczyć swą decydującą bitwę przeciwko armadzie Huttów, nawet jeśli przewoził tylko skóry ogrutów ze świata A, do świata B. A en statek, The Legacy Run, nie był wyjątkiem.

Hedda wstała przyjmując i oddając szybki salut porucznika Jarego Bowmana. Przeciągnęła się czując jak jej kręgosłup trzeszczy i strzela. Za wiele lat na patrolach w ciasnej kabinie, za wiele manewrów z ogromnym przeciążeniem – czasami w walce, czasami tylko dlatego, by poczuła, że żyje.

Jednak prawdziwym problemem, pomyślała odgarniając pasemka siwych włosów, było zbyt wiele lat.

Opuściła dobrze naoliwiona maszynę, którą był jej mostek i jego załoga i ruszyła wąskim korytarzem w stronę bardziej chaotycznego świata Legacy Run. Był to modularny frachtowiec transportowy Kaniff Yards klasy A, niemal tak stary, jak ona sama. To znaczyło, że jednostka najlepsze lata miała już za sobą, ale wciąż powinna być bezpieczna, jeśli byłaby należycie serwisowana i utrzymana, a była. Jej kapitan o to zadbała.

Legacy Run był statkiem różnego przeznaczenia, zdatnym do przewożenia zarówno ładunków, jak i pasażerów, stąd jego modularność w jego oznaczeniu. Składał się on z ogromnego przedziału głównego w kształcie długiego, trójkątnego pryzmatu z silnikami na rufie i resztą przestrzeni przeznaczonej na ładunki. Mostek łączył się z główną częścią kadłuba długimi korytarzami, z których jeden właśnie przemierzała. Dodatkowe moduły, nawet do stu czterdziestu czterech, można było doczepiać do centralnej części, a w zależności od potrzeb, zmieniać ich ilość i konfigurację.

Heddzie odpowiadała ta zmienność, bo oznaczała ona, że nigdy nie było do końca wiadomo, co ją czeka i jak nietypowym wyzwaniom będzie musiała sprostać. Pewnego razu musiała pilotować statek, gdy połowa jego przestrzeni załadunkowej przekształcona została w ogromny zbiornik wodny, w którym przewożona była wielka szabloryba z burzowych mórz Spiry, to prywatnego akwarium hrabiny Abregado. Heddzie i jej załodze udało się dowieźć bestię bezpiecznie, co nie było wcale łatwe. Ale jeszce trudniejsze było dostarczenie stwora z powrotem na Spirę trzy cykle później, kiedy okazało się, że ludzie hrabiny nie mieli pojęcia jak zająć się bestią. Tym niemniej należało docenić hrabinę, gdyż zapłaciła za transport szabloryby do domu. Wielu ludzi, szczególnie tych szlachetnie urodzonych, pozwoliłoby jej umrzeć.

Dla porównania, ich obecne zlecenie było tak łatwe, jak to tylko możliwe. Ładownie Legacy Run wypełnione było w około 80% przez osadników zmierzających na Zewnętrzne Rubieże z przeludnionych światów Jądra, w poszukiwaniu nowego życia, nowych możliwości i nowego nieba. Hedda mogła to zrozumieć. Nigdy nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu. I miała dziwne wrażenie, że w takim stanie także umrze, mając nadzieję, że jej oczom będzie dane spoglądać na coś, czego jeszcze nigdy nie widziała.

Ponieważ był to kurs transportowy, większość modułów statku stanowiły podstawowe przedziały pasażerskie, z siedzeniami, które mogły zmienić się w łóżka, na których teoretycznie dało się spać. Instalacje sanitarne, przedział bagażowy, kilka holoekranów, mała galeryjka, i to wszystko. Dla osadników, którzy gotowi byli zapłacić za większy komfort i wygodę, niektóre z przedziałów posiadały automatyczne kantyny oraz oddzielne przedziały do spania, ale nie było ich wiele. W większości byli to ludzie skromni i oszczędni. Gdyby mieli pieniądze, zapewne nie udawaliby się na Zewnętrzne Rubieże w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Mroczne obrzeża galaktyki były miejscem ekscytującym, ale i zabójczym. Szczerze mówiąc dużo bardziej zabójczym, niż ekscytującym.

Nawet dotarcie tam nie było łatwe, pomyślała Hedda, gdy jej wzrok przykuł widok nadprzestrzeni, którą zobaczyła przez mijany iluminator. Zmusiła się, by oderwać od niego wzrok wiedząc, że mogłaby tak stać i przez kolejne 20 minut, jeśli da się zahipnotyzować widokowi na zewnątrz. Nie można było ufać nadprzestrzeni. Oczywiście była użyteczna, gdy pozwała przemieszczać się z jednego punktu do drugiego, co było kluczem do ekspansji Republiki poza Jądro, ale tak naprawdę nikt jej nie rozumiał. Jeśli twój droid nawigacyjny pomylił się w obliczeniach nawet o włos, można było znaleźć się poza wyznaczoną trasą na mrocznej drodze do bóg wie dokąd. A to się zdarzało nawet na często uczęszczanych nadprzestrzennych szlakach w centrum galaktyki. A tutaj, gdzie badacze z ledwością wyznaczyli jakiekolwiek szlaki, było to coś, na co trzeba było szczególnie uważać.

Odsunęła od siebie te myśli i ruszyła w dalszą drogę. Prawda była taka, że Legacy Run podążał właśnie najczęściej uczęszczaną trasą do światów Rubieży. To była bułka z masłem. Statki bez przerwy przemierzały tę trasę w obu kierunkach. Nie było się czym martwić.

Ale ponad 9 tysięcy dusz na pokładzie polegało na kapitan Heddzie Casset, że dowiezie ich bezpiecznie na miejsce. A ona się martwiła.

Hedda wyszła z korytarza i weszła do głównej części kadłuba, gdzie, ze względu na budowę statku, znajdował się spory obszar pustej przestrzeni, z którego pasażerowie uczynili nieoficjalną świetlicą. Grupa dzieci grała w piłkę,a dorośli stali nieopodal zajęci rozmową, lub też po prostu przechadzali się w miejscu choć trochę innym, niż to, w którym budzili się każdego ranka. Nie było to nic wymyślnego, niewiele więcej, niż skrzyżowanie kilku korytarzy, ale przynajmniej było czysto. Na statku działała – na co nalegała jego kapitan – automatyczna ekipa sprzątająca, która dbała o to, by wnętrza pozostawały schludne. Jeden z droidów sprzątających pełznął po ścianie nawet teraz, wykonując jedno z zadań, których na statku wielkości Legacy Run nigdy nie brakowało.

Hedda poświęciła moment, by przyjrzeć się grupie około dwudziestu ludzi w różnym wieku i z różnych światów. Byli wśród nich oczywiście ludzie, ale także kilku pokrytych łuską Trandoshan, rodzina Bithów, a nawet Ortolan, z jego niebieską skórą, długim nosem i dużymi uszami okrywającymi z każdej strony jego głowę – nie widywało się ich wielu. Ale bez względu na planetę, z której pochodzili, byli zwykłymi istotami czekającymi, aż rozpocznie się ich nowe życie.

Jeden z dzieciaków spojrzał na nią.

– Kapitan Casset! – zawołał chłopiec, człowiek, o oliwkowej skórze i rudych włosach. Hedda go znała.

– Witaj, Serj – powiedziała. – Co dobrego słychać? Tutaj wszystko w porządku?

Pozostałe dzieci przerwały swoją grę i otoczyły ją ciasnym wianuszkiem.

– Przydałyby się jakieś nowo holo – odparł Serj. – Obejrzeliśmy już wszystko.

– Mamy to, co mamy – odpowiedziała Hedda. – I skończ z próbami włamania się do archiwum, by oglądać holo z ograniczeniem wiekowym. Myślisz, że o tym nie wiem? To mój statek. Wiem o wszystkim, co dzieje się na Legacy Run.

Pochyliła się w jego stronę.

– O wszystkim.

Serj oblał się rumieńcem i popatrzył w stronę przyjaciół, z których każdy znalazł nagle wyjątkowo interesujące rzeczy na absolutnie nieinteresujących podłodze, suficie czy ścianach.

– Nie przejmuj się tym – powiedziała prostując się. – Rozumiem, to bardzo nudna podróż. Pewnie mi nie uwierzysz, ale już niebawem, kiedy wasi rodzice zagonią was do plewienia pól, stawiania ogrodzeń czy bronienia zagród przed rancorami, zatęsknicie o chwilach spędzonych na tym statku. Także odprężcie się i cieszcie się chwilą.

Serj przewrócił oczami i powrócił do gry, którą wspólnie z innymi dzieciakami stworzyli.

Hedda uśmiechnęła się pod nosem i ruszyła dalej, pozdrawiając spotkanych, a z niektórymi zamieniając także kilka słów. Ludzie. Zapewne niektórzy dobrzy, inni źli, ale przez następnych kilka dni, to byli jej ludzie. Kochała te zlecenia. Nie ważne co stanie się później w żywotach jej pasażerów, udawali się na Zewnętrzne Rubieże by zrealizować swoje marzenia. A ona była tego częścią i czuła się dzięki temu dobrze.

Republika kanclerz Sohy nie była idealna – żaden rząd nie ma szans taki być – ale był to system, który pozwalał obywatelom marzyć. Nie, nawet lepiej. Zachęcał ich do marzeń, tych dużych i tych całkiem małych. Republika miała swoje wady, ale koniec końców, mogło być dużo, dużo gorzej.

Przebieżka Heddy trwała z reguły ponad godzinę – poza przedziałem pasażerskim, sprawdzała także ładunek ciekłej tibanny, by upewnić się, że ta niezwykle wybuchowa substancja jest dobrze zabezpieczona (była), udawała się na inspekcję maszynowni (wszytko było w porządku), dowiadywała się o postępach napraw systemu cyrkulacji powietrza (w doku i na dobrej drodze), a także upewniała się, że zapas paliwa był więcej niż wystarczający, by spokojnie dotrzeć do celu (był).

Legacy Run był dokładnie w takim stanie, jak sobie tego życzyła. Malutki, należycie utrzymany świat w dziczy, ciepła banieczka bezpieczeństwa powstrzymująca napór czarnej otchłani. Nie miała pojęcia pojęcia co czeka osadników u kresu ich wędrówki, ale mogła zadbać, że dobrą tam cali i zdrowi, by sami się o tym dowiedzieli.

Hedda wróciła na mostek, gdzie porucznik Bowman zerwał się na równe nogi, gdy tylko ją zobaczył.

– Kapitan na mostku – powiedział, a inni oficerowie się wyprostowali.

– Dziękuję Ci, Jary – odpowiedział, podczas gdy jej zastępca odsunął się i zwolnił jej stanowisko.

Hedda rozsiadła się w swoim stanowisku dowodzenia i automatycznie sprawdziła odczyty w poszukiwaniu czegokolwiek odbiegającego od normy.

Wszystko idzie dobrze, pomyślała.

KTANG. KTANG. KTANG. KTANG.

Alarm, głośny i natarczywy. Oświetlenie mostka natychmiast przeszło w swój tryb awaryjny zalewając całe pomieszczenie czerwienią. Przez przedni iluminator wiry nadprzestrzeni wydawały się w jakiś sposób niewłaściwe. Może to przez awaryjne oświetlenie, ale miały one czerwony poblask. Wyglądały na… chore.

Hedda poczuła, jak przyspiesza jej puls. Jej umysł bezwiednie przeszedł w tryb bojowy.

– Raport – warknęła, podczas gdy jej oczy przeszukiwały jej własne wyświetlacze w poszukiwaniu źródła alarmu.

– Alarm został wygenerowany przez komputer nawigacyjny, pani kapitan – zakomunikował jej nawigator, młody Quermain, kadet Kalwar. – Coś dziwnego znajduje się na szlaku nadprzestrzennym. Wprost przed nami. Jest duże. Zderzenie za 10 sekund.

głos kadeta był spokojny, co sprawiło, że Hedda była z niego dumna. Nie był chyba wiele starszy od Serja.

Wiedziała, że to nie miało prawa się zdarzyć. Szlaki wybierane były dlatego, że nie znajdowały się na nich żadne odłamki, a ich czystość obliczana była co do metra. Ewentualne mniejsze odłamki wykryłyby komputery nawigacyjne, a droidy wprowadziłby drobne poprawki wektora, by ich uniknąć. Prawdopodobieństwo zderzeń w nadprzestrzeni było absurdalnie niskie.

Ale wiedziała też, że choć było to niemożliwe, to właśnie się działo, a przy prędkości z jaką poruszał się Legacy Run, dziesięć sekund stanowiło tyle, co nic.

Nie możesz ufać nadprzestrzeni, pomyślała.

Hedda Casset nacisnęła dwa guziki na jej konsoli dowodzenia.

– Trzymajcie się – powiedziała spokojnym głosem. – Przejmuję stery.

Dwa drążki wysunęły się z oparć jej fotela, a Hedda ujęła każdy z nich w dłoń.

Pozwoliła sobie na jeden oddech, a następnie poleciała.

Legacy Run nie był Bzyczkiem, ani nawet jednym z republikańskich Longbeamów. To był 60-letni frachtowiec zbliżający się – jeśli już nie przekraczający – kresu swej zdatności do latania. Do tego z niemal pełnym ładunkiem i silnikami przystosowanymi do powolnego, stopniowego przyspieszania i zwalniania. Innymi słowy manewrowością konkurować mógł chyba tylko z księżycem.

Legacy Run nie był też statkiem wojennym. Nawet się do tego nie zbliżył. Ale Hedda poleciała tak, jakby nim był.

Zobaczyła przeszkodę dzięki spostrzegawczości i instynktowi pilota bojowego, zobaczyła jak zbliża się z niesamowitą prędkością. Była ona wystarczająca duża, by zarówno ona sama, jak i statek, roztrzaskane zostały na atomy i pył na zawsze dryfujący w nadprzestrzeni. Nie było czasu na unik. Statek nie był wystarczająco zwrotny. Nie było miejsca i nie było czasu.

Ale u steru była kapitan Hedda Casset i nie zawiedzie ona swego statku.

Minimalny ruch lewym drążkiem sterowniczym i nieco większy obrót prawym sprawiły, że Legacy Run się poruszył. Bardziej, niżby chciał, ale nie mniej, niż Hedda wierzyła, że jest w stanie. I to wystarczyło, by frachtowiec prześlizgnął się obok przeszkody na jego drodze tak blisko, że Heddzie zdawało się, że poczuła podmuch, pomimo wielu warstw metalu i osłon.

Ale żyli. Nie doszło do zderzenia. Statek też przeżył.

Hedda poczuła turbulencje. Próbowała z nimi walczyć zamykając oczy. Statek wydał z ciebie przeciągły zgrzyt, jakby jego konstrukcja głośno narzekała.

– Uda ci się staruszko – wyszeptała. – Jesteśmy dwoma, zrzędliwymi starszymi paniami, to prawda, ale obie mamy przed sobą jeszcze sporo życia. Dbałam o ciebie i dobrze o tym wiesz. Nie zawiodę cię, jeśli i ty mnie nie zawiedziesz.

Hedda nie zawiodła swego statku.

To on zawiódł ją.

Zgrzyt przeciążonego metalu stał się krzykiem. Wibracje statku mknącego przez przestrzeń stały się dziwnie znajome. Hedda czuła je nie raz. Tak zachowywał się statek, który przekroczył swoje możliwości, czy to z powodu zbyt wielu uszkodzeń w walce, czy tak jak tutaj, z powodu manewru, który był dla statku nieosiągalny.

Legacy Run rozpadał się na kawałki. Zostały mu co najwyżej sekundy życia.

Hedda otworzyła oczy. Wypuściła drążki sterownicze i wklepała polecenia na swej konsoli aktywując osłony grodzi oddzielających poszczególne przedziały na wypadek katastrofy. Być może to da niektórym szanse na przeżycie. Pomyślała o Serju i jego przyjaciołach grających w świetlicy, która teraz została odcięta od reszty przedziałów, a której za kilka chwil pojawi się próżnia. Miała nadzieję, że dzieci udały się do swoich rodzin, gdy zabrzmiały alarmy.

Ale tego nie wiedziała.

Po prostu nie mogła tego wiedzieć.

Oczy Heddy i jej pierwszego oficera się spotkały. Oboje wiedzieli, co ich czeka. Mężczyzna jej zasalutował.

– Pani kapitan – zaczął porucznyk Bowman. – To była…

Mostek został rozerwany.

Hedda Casset zginęła nie wiedząc, czy udało jej się kogokolwiek uratować.

I jak wam się podoba?

Wielka katastrofa

Ale dlaczego właściwie zniszczenie pozbawionego większego znaczenia statku jest tak brzemienne w skutkach? Tutaj z wyjaśnieniami znów przybywa Charles Soule.

Otóż okazuje się, że po zniszczeniu frachtowca Legacy Run, jego szczątki mogą wyłonić się z nadprzestrzeni w dowolnym miejscu i czasie. A że poruszają się one z ogromnymi prędkościami, stanowią zabójcze i absolutnie nieprzewidywalne pociski. Dlatego też Republika zwraca się o pomoc do Zakonu Jedi, by wspólnie zażegnać kryzys.

Jednak katastrofa Legacy Run i jej konsekwencje to zaledwie początek większej historii i mały fragmencik ogromnej sagi.

Więcej o Wielkiej Republice

Oto inne artykuły o cyklu The High Republic:

Źródło: odnośnik.