Na wstępie zaznaczyć należy, że poniższy tekst zawiera SPOILERY! Także jeśli jeszcze przypadkiem nie widzieliście Rogue One (gdzie Wy się uchowaliście???) i nie chcecie sobie psuć zabawy, zapewne powinniście zaprzestać czytania.

Jeśli jednak nadal tutaj jesteście i film widzieliście, pewnie możecie się dowiedzieć, o jakiej postaci Gareth Edwards mógł mieć sporo ciekawego do powiedzenia.

Oczywiście chodzi tutaj o Wielkiego Moffa Tarkina. Samo jego pojawienie się nikogo zdziwić nie mogło, jednak skala jego roli i forma, w jakiej się pojawił, dla wielu była już ogromną, w większości miłą niespodzianką. Przypomnijmy, że w rolę słynnego imperialnego oficera wcielił się Guy Henry, jednak na jego oblicze została niejako nałożona maska stworzona dzięki technologii CGI. To właśnie dzięki niej na ekranie mogliśmy cieszyć się obliczem legendarnego Petera Cushinga (za sama technologia przypomniała nam, jak za młodu wyglądała Carrie Fisher).

W krótkim wywiadzie reżyser Gareth Edwards opowiada o wielu niewiadomych, które wiązały się z tak odważnym krokiem, a także o reakcji Guy’a Henry’ego na propozycję pojawienia się w bądź co bądź nietypowej roli.

Nie ma wątpliwości, że decyzja o takim, a nie innym odtworzeniu postaci Wilhuffa Tarkina wiązało się z ogromnym ryzykiem. Abstrahując już nawet od niedoskonałości techniki (nie rzucało się to mocno w oczy, ale można było jednak stwierdzić, że twarz generowana była komputerowo), nie można było zapomnieć o niemal nabożnej czci, którą fani Star Wars darzą osobę świętej pamięci Petera Cushinga. Nie trudno wyobrazić sobie sytuację, w której takie wykorzystanie jego wizerunku zostałoby odebrane w najlepszym wypadku jako niesmaczne nadużycie, a w najgorszym, jako haniebne świętokradztwo. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby do tego film okazał się słaby.

Na szczęście nic takiego się nie stało. Łotr 1 spotkał się z nader przychylnym przyjęciem wśród fanów (i nie tylko), a występ w nim Tarkina ogromna większość uznała jako niezwykle miła niespodziankę.

Tym samym Gwiezdne Wojny po raz kolejny mogą okazać się filmem rewolucyjnym w historii kinematografii, bowiem filmowcy pierwszy raz na taką skalę wykorzystali komputerowo wygenerowany wizerunek zmarłej osoby. Tym samym otworzyli oni na oścież drzwi (o czym pisałem już w mojej recenzji filmu >>), którymi podąży zapewne wiele innych twórców. I pod warunkiem, że nie będzie to nadużywane, może okazać się prawdziwą, kinową rewolucją. Nie wątpię bowiem, że technologia już niebawem przestanie filmowców ograniczać, my generowanych komputerowo aktorów nie będziemy w stanie odróżnić.

A jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii, czy filmy powinny iść w tę stronę i korzystać z generowanych komputerowo wizerunków kultowych aktorów i postaci?