Odcinek 5: Oprawca zapomni
Przyznam szczerze, że sporo o Andorze rozmawiam z kim popadnie właściwie i co chwilę pojawiają się nowe przemyślenia. Jedno z nich dotyczyło odbioru serialu w kręgach innych, niż fani Star Wars. Nam się podoba, bo jest inny, niż wszystko, co do tej pory dostawaliśmy, a jakość realizacji bije dotychczasowe produkcje serialowe na głowę. Ale czy serial ma potencjał, by wciągnąć i oczarować „zwykłych” oglądaczy? Mam nadzieję, bo to naprawdę kawał dobrej historii, która z z odcinka na odcinek nabiera… tempa może nie zawsze, ale na pewno rumieńców.
Ekipa delux
Narzekałem trochę tydzień temu na ekipę, do której dokooptowany został Cassian, że byli bez wyrazu i nie wywoływali praktycznie żadnych emocji. Ale patrząc z perspektywy tak właśnie musiało być. „Rebelianci” z Aldhani są nam tak samo obcy, jak samemu Cassianowi. I podobnie jak on, z czasem poznajemy ich przeszłość i motywacje, jesteśmy świadkami nie zawsze oczywistych relacji między nimi, ale poznajemy także ich niedostatki. Co z kolei pozwala dostrzec nam przebłyski tego, co w Andorze dostrzegł Luthen i co w przyszłości uczynić go musi niezwykle cennym nabytkiem dla Rebelii.
Jednak dla mnie tym, co w odcinku szczególnie się wyróżniało, było budowanie napięcia w taki sposób, że było ono niemal namacalne, choć przecież nie użyto do tego jednego choćby wystrzału. Zresztą po co, skoro atmosfera nerwowego oczekiwania i niepewności sprawiała, że nawet zwykły myśliwiec TIE, urastał do wydarzenia, grożącego atakiem serca. Czapki z głów!
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że kolejny odcinek i punkt kulminacyjny tej części historii nie rozczaruje.
Mon… Cheri
Szybko stało się też tradycją, że wychwalając kolejne odcinki Andora, wspominam o postaciach drugiego planu. Tak też MUSI być i tym razem, bowiem ponownie robią wspaniałą robotę, nawet pomimo tego, że czasu w odcinku dostają naprawdę niewiele.
Oczywiście na czoło wysuwa się tutaj moja nowa ulubienica Mon Mothma i fantastyczna Genevieve O’Reilly. Oczywiście żałuję, że nie było dane nam zobaczyć kolacji, której Mon miała być gospodynią, a która mogła dostarczyć niezapomnianych wymian werbalnych razów i fenomenalnej gry aktorskiej. Ale wgląd w jej nie mniej skomplikowane i pełne wyzwań życie osobiste, także był fantastyczny.
Na tym etapie jestem zdania, że zamiast kolejnego sezonu gniota, jakim okazał się Boba Fett, czy Obi-Wana, który nie był w stanie sprostać oczekiwaniom (fakt, wysokim) i w pełni zrealizować swego potencjału, powinniśmy dostać serial o Mon Mothmie. Jestem przekonany, że byłby to strzał w dziesiątkę!
I jeszcze BB
Na pozór znacznie mnie działo się po drugiej stronie barykady, ale tylko na pozór. Wątek Syrila zdaje się obecnie wyrwany nieco z kontekstu całego serialu, ale jestem przekonany, że twórcy szykują tutaj dla nas coś wyjątkowego i już nie mogę się doczekać, żeby przekonać się, co to będzie.
No i jest jeszcze Dedra Meero, porucznik Imperialnego Biura Bezpeczeństwa, która… budzi sympatię. Przynajmniej u mnie. Nie jest to kolejny trybik w bezdusznej i pozbawionej jakichkolwiek ludzkich uczuć, imperialnej machinie, a kobieta, która prawdziwą satysfakcję czerpie nie z tropienia wrogów obecnego reżimu, a z rozwiązywania zagadek. Gdy obserwowałem krótkie sceny, w których towarzyszył jej podwładny, mimowolnie skojarzyli mi się oni z Sherlockiem Homesem i doktorem Watsonem. Nie wiem, czy ten vibe utrzyma się na dłużej (raczej wątpię), ale mam nadzieję, że przynajmniej Dedra, nie skończy jak typowy imperialec.
No ale zanim się o tym przekonamy, przed nami przyszłotygodniowy odcinek, który powinien zamknąć w końcu usta malkontentom (jakże ja ich NIE rozumiem), który narzekają na zbyt mało akcji. Tej szykuje się bowiem pod dostatkiem, choć mam nadzieję, że nie przysłoni ona tego, co w serialu najważniejsze. Tak czy inaczej, dawno już tak bardzo nie czekałem na kolejny odcinek serialu z Gwiezdnych wojen i to chyba stanowi najlepszą rekomendację Andora.
Poprzednie recenzje
A oto recenzja poprzednich odcinków:

