Odcinki 1-3

Od momentu kiedy serial Andor został zapowiedziany, była to najbardziej oczekiwana przeze mnie produkcja. Nawet kiedy okazało się, że przynajmniej w pierwszym sezonie nie pojawi się mój ulubieniec, K-2SO, i tak na przygody Cassiana czekałem z niecierpliwością. Wiedziałem, że w postaci drzemie ogromny potencjał, czego próbkę dała na zaskakująco dobra książkowa adaptacja Łotra 1 (do dziś dzień jest to najlepsza adaptacja, jaką czytałem). A kiedy stery produkcji objął Tony Gilroy, wiedziałem już, że to nie może się nie udać i choć Andor pewnie nie wszystkim do gustu przypadnie, ja byłem przekonany, że będę wniebowzięty.

No i w końcu przyszedł czas na skonfrontowanie oczekiwań z rzeczywistością.

Wojna bez gwiazd

Jeśli w ostatnich kilku dniach śledziliście pojawiające się w sieci pierwsze wrażenia po obejrzeniu Andora, z pewnością spotkaliście się z określeniem „przyziemny”. I trudno się z tym nie zgodzić. Nie ma tutaj kosmicznych eskapad, wielkich bitew, czy bohaterów z laserowymi mieczami. Zamiast tego widzimy postacie i motywacje, z którymi naprawdę łatwo się utożsamiać lub chociaż wyobrazić je sobie w prawdziwym życiu. Nie ma też tutaj bohaterów czystych, jak łza, ani też na wskroś nikczemnych złoczyńców. Są za to zwykli ludzie ze swoimi wadami i słabościami, ale także wartościami, w które wierzą. Wszystko to sprawia, że postacie są bardzo ludzkie, a przez to doskonale wiarygodne.

Kolejnym, często pojawiającym się w recenzjach Andora określeniem, było „powolny”. Fakt, że akcja i fabuła serialu rozwija się w swoim własnym tempie, do którego fani Gwiezdnych wojen nie są przyzwyczajeni, ale czy mi odciek #1 czy #2 się dłużył? Absolutnie nie! Powiem więcej, bardzo żałowałem, że nie trwały one nawet dłużej. Ani przez moment nie odczuwałem też, że Andor jest wymuszony, poczucie które towarzyszyło mi nieustannie przy okazji oglądania Księgi Boby Fetta czy Obi-Wana Kenobiego.

Warto też zaznaczyć, że obyło się tutaj bez fajerwerków, czy jałowych fan serwisów (niejałowych też zresztą nie było). Sceny akcji są dokładnie takie, jak być powinny, bez bezsensownego efekciarstwa (tak, patrzę na Ciebie żałosny „rewolwerowcu” z kolorowej Vespy!) i wybujałej choreografii. Stający na przeciw siebie przeciwnicy nie próbują nawet udawać, że są żołnierzami stworzonymi do walki, czy niemożliwie wręcz zabójczymi łowcami nagród, a jedynie ludźmi, którzy walczą o własne życie.

Wszystko to sprawia, że Andor sprawdza się doskonale, jako prequel Łotra 1 (momentami idzie nawet krok dalej), i oferuje nam coś, czego w odległej galaktyce jeszcze nie mieliśmy, a bardzo potrzebowaliśmy (nawet jeśli nie wszystkim przypadnie to do gustu).

Kassa

Oczywiście klimat i struktura serialu to jedno, ale ani przez moment nie można zapomnieć o bohaterach, w tym i o tym tytułowym, Kassie vel Cassianie. Ten, już od pierwszej, bardzo mocnej i odważnej sekwencji prowadzony jest bezbłędnie, a jego ewolucja w bohatera Rebelii zapowiada się fascynująco. Mamy bowiem tutaj postać, która przypomina trochę Hana Solo, gdyby pozbawić go czarującego uśmiechu i skrupułów, bo młody Andor nie jest wcale bohaterem. Zawahałbym się nawet poważnie, przed nazwaniem go dobrym człowiekiem. Owszem, można go bronić, mówiąc że ukształtowały go traumatyczne przejścia i niemożliwe wybory, których musiał dokonywał, tym niemniej, odnieść można wrażenie, że gdyby jego historia potoczyła się nieco inaczej, równie dobrze, co w roli bojownika o wolność, sprawdziłby się on jako bezwzględny kryminalista, czy bezlitosny imperialny oficer.

Doskonale spisał się także cały drugi plan. Nie pojawiła się nawet jedna postać, którą uznałbym za zbędną, przerysowaną, czy irytującą. Każda dołożyła swoją cegiełkę, do pokazania prawdziwego oblicza galaktyki, brudnego, biednego i bezwzględnego, ale także galaktyki, w której wciąż jeszcze potrafi istnieć przyjaźń, miłość czy lojalność.

Świat bez wad

I to właśnie budowa świata oraz warstwa wizualna (choć pozbawiona efekciarstwa i uzależnienia od efektów komputerowych) i muzyczna, są kolejnymi, wielkimi zaletami tej produkcji. Zarówno korporacyjna planeta Morlana Jeden przywodząca mi na myśl Blade Runnera, jak też stanowiąca połączenie Jakku i Brakki z Upadłego zakonu planeta Ferrix, stworzone zostały z pomysłem i dbałością o szczegóły, ale co najważniejsze, twórcom udało się pokazać, że miejsca te żyją własnym, specyficznym życiem.

Co tu dużo mówić, premierowe trzy odcinki bardzo przypadły mi do gustu. Nie jest to rozrywka tak przystępna i niezobowiązująca, jak The Mandalorian, ani źródło okazjonalnych nergazmów, jak Księga Boby Fetta czy Obi-Wan Kenobi, ale ogromnie cieszę się, że w końcu dostaliśmy serial poważny, dojrzały i ambitny, który zamiast festiwalu nawiązań, buduje własną tożsamość i styl.