Nigdy nie byłem mówcą zawołanym. Owszem, mogę bez problemu przygotowywać prezentacje, a pewnie i przemowy (nie wiem w sumie, bo nie próbowałem), które na papierze (czy ekranie komputera) wyglądają naprawdę dobrze. Jeszcze lepiej wyglądają w mojej głowie, gdy zgodnie z zasadami sztuki tu i tam dodaję jakiś żarcik.

Niestety, gdy przychodzi co do czego, nie jest już tak różowo, a ja, pomimo rozpisanego na karteczce szczegółowego planu, zaczynam się zacinać, dukać i tracić rezon w tempie szybszym, niż rodzina Skywalkerów traci kończyny.

Dlatego też znając własną słabość nie garnąłem się nigdy do wygłaszania czy prezentowania czegokolwiek. Aż do teraz…

A dokładniej to kilka dni temu, kiedy to zaakceptowane zostały moje propozycje prezentacji/prelekcji/paneli na nadchodzący wielkimi krokami mini konwent – Weekend z Mocą. Koniec końców będę miał ich trzy, do czterech (o czym pisałem już dzisiaj, o tutaj >>), więc jeśli chcecie zobaczyć, jak się błaźnię (albo kreuję na gwiazdę – na dwoje babka wróżyła), to zapraszam 😉