No rest for the greedy chciałoby się powiedzieć, bo faktycznie, w ten weekend moje łakomstwo i uwielbienie jedzenia miało duże pole do popisu. Najpierw było wesele, na którym jedzenie (poza świetnymi słodkościami i wybornym tortem) było co najwyżej takie se. Ale bardzo z tego powodu nie rozpaczałem, bo wiedziałem, że w dniu następnym, czyli dziś, czeka mnie wycieczka do Laskowej (wioseczka pod Limanową), gdzie rok rocznie odbywa się Festiwal Śliwki, Miodu i Sera, a przy tej okazji konkurs kulinarny, w którego jury zasiadam (a nawet mu przewodzę). Impreza jest to w sumie dość przaśna i taka trochę odpustowa, tym niemniej jest to mój absolutnie ulubiony festiwal kulinarny, bo nigdzie indziej ludzie nie są tak serdeczni i tak pysznie nie karmią. A że jury ma do zjedzenia potraw kilkanaście, a następnie kilkanaście deserów i przynajmniej kilka nalewek o poziomie mocy wyższym nawet, niż mistrz Yoda, to nie może dziwić fakt, że po weekendzie, ledwo się ruszam.