Część 1: Mistrz i uczeń
Część 2: Trud i kłopoty
Nie będzie chyba wielkim ryzykiem stwierdzenie, że Ahsoka była najbardziej oczekiwanym z dotychczasowych seriali Star Wars. A może będzie, a przeze mnie przemawia po prostu moje uwielbienie Rebeliantów. Tak czy inaczej, nowy serial się pojawił, a ja muszę przyznać, że pomimo niemałych oczekiwań, nie rozczarowałem się.
Rebelianci sezon 5
Kiedy tylko pojawiła się pierwsza zapowiedź serialu Ahsoka, pół żartem, pół serio mówiło się, będzie to de facto 5. sezon Rebeliantów. A im więcej szczegółów poznawaliśmy, tym bardziej serio trzeba było traktować te stwierdzenia. Po pierwszych dwóch odcinkach można spokojnie powiedzieć, że Rebelianci doczekali się duchowego spadkobiercy. Na dobre i na złe.
Na dobre, bo w powietrzu czuć klimat Rebeliantów. Nawet jeśli nie ma już/jeszcze Ezry, wokół którego kręciła się fabuła, to Hera, Sabine i Chopper przypomnieli mi, za co tak bardzo polubiłem przygody załogi Ducha. Owszem, ta pierwsza może nie wygląda i nie brzmi tak, jak sobie to wymarzyłem, ale już jak zawsze opryskliwy i gburowaty Chopper w live-action czuje się jak ryba w wodzie, no a Sabine… Powiem tak: Natasha Liu Bordizzo jest stworzona do tej roli! Wciąż nie jest ona moją ulubioną postacią, ale casting jest idealny.
Ale są też minusy czerpania całymi garściami ze spuścizny Rebeliantów. Objawia się to swego rodzaju hermetycznością Ahsoki. Pomimo tego, że załoga Ducha przez lata spotykała na swojej drodze wiele znanych postaci, to ich przygody w ogromnej większości przypadków stanowiły zamkniętą całość bez większego wpływu na resztę galaktyki. I o ile w przypadku animacji zupełnie mi to nie przeszkadzało, o tyle w Ahsoce stanowić może pewne rozczarowanie. Nie twierdzę absolutnie, że każdy serial potrzebuje głośnego kameo, jak w finale 2. sezonu Mandalorianina i rozumiem, że Lucasfilm z różnych względów nie chcę lub nie może eksploatować głównych postaci oryginalnej trylogii. Z drugiej jednak strony, patrząc tylko przez pryzmat fabuły, można by się spodziewać, że były Jedi wyżynający całą załogę rebelianckiego statku, (że o powracającym rzekomo Thrawnie nie wspomnę), wywoła nieco większe poruszenie i zainteresuje „ostatniego” Jedi w galaktyce. Lub jego siostrę, która nie dość, że też przecież na Moc wrażliwa, była też bardzo ważną postacią we władzach Nowej Republiki.
A skoro mowa już o Nowej Republice, to ta po za kolejny jawi nam się jako twór momentami wręcz karykaturalny, ale jednocześnie jak najbardziej wiarygodny. Pokazuje to po raz kolejny, że Rebelia nie była gotowa, by wygrać wojnę i przeprowadzić transformację ustrojową na galaktyczną skalę.
Tak źli, że aż dobrzy
Warto teraz wspomnieć o serialu antagonistach, i tych nowych i powracających. Co prawda zgodnie z przewidywaniami, nie doczekaliśmy się jeszcze na powrót Thrawna, to narzekać absolutnie nie możemy. Ogromnie cieszy mnie, że Morgan Elsbeth okazał się kimś znacznie więcej, niż złolem tygodnia i sparingpartnerką Ahsoki, bo bardzo przypadła mi ona do gustu. Co więcej, liczę że powiedziała ona jeszcze ostatniego słowa.
Również duet Baylana i Shin dał mi dużo radości. Co prawda poza tym, że efektownie i klimatycznie prezentują się na ekranie, nie wiemy o nich praktycznie nic, ale pojawiające się tu i tam skrawki informacji sugerują, że i oni mogą mieć do opowiedzenia ciekawą historię.
No i jest jeszcze Marrok, o którym nie wiemy już zupełnie nic, poza tym, że to właśnie przede wszystkim odpowiada za efektowne wywijanie inkwizytorskim mieczem świetlnym. Ale kto wie, może i on pod maską skrywa jakiś zaskakujący sekret.
Assoka
No i jest jeszcze ona, nasza tytułowa Assoka… Ahsoka znaczy. Przyznam szczerze, że nie wzbudziła ona mojej sympatii. Jej ciągłe narzekania, obrażone miny czy docinki szybko stały się męczące. Co więcej, nie przystoją one Jedi (chociażby byłej) nawet w stosunku do osób postronnych, a co dopiero w stosunku do byłej/obecnej/przyszłej (niepotrzebne skreślić) Padawanki. Doskwierał mi też wyraźny brak chemii pomiędzy głównymi bohaterkami, co uczyniło cały wątek sztucznym i wymuszonym, tym bardziej, że ani Sabine nigdy nie wykazywała fascynacji Mocą, Jedi i ich naukami, ani też nie była specjalnie blisko z Ahsoką.
Relacje między paniami, na tyle na ile mogła, łatać próbowała postać Hery, ale na kiepską, moim zdaniem, decyzję scenarzystów niewiele poradzić mogła.
I jeszcze słów kilka
Nie sposób nie pochwalić nowej produkcji Disney+ za realizację, bo, mówiąc najprościej, serial wygląda bardzo dobrze. Statki, planety (w szczególności Lothal), dbałość o szczegóły, wszystko to stoi na bardzo wysokim poziomie i pozwala poczuć filmowy rozmach. Przykład? Kiedy Sabine pędzi „autostradą”, to faktycznie czuć tę prędkość i zdecydowanie nie jest to „pościg” kolorowej młodzieży ulicami Mos Vespa (nigdy tego Księdze Boby Fetta nie zapomnę).
Rewelacyjną robotę robi także muzyka. Nie jest to może taka rewolucja, jak w przypadku motywu przewodniego The Mandalorian, ale Kevin Kiner zdołał nadać muzyce unikalnego charakteru i nie mogę się doczekać, by usłyszeć więcej.
Ale twórcom Ahsoki kilka rzeczy też wytknąć trzeba (tym bardziej, że są to błędy powielane już któryś raz). I ja rozumiem, że fantastycznym klimatem, lubianymi postaciami i potencjalnie dobrą historią sporo można przykryć, tym niemniej rzeczy takie jak niemal natychmiastowe przemieszczanie się po całej galaktyce, śmiesznie łatwe zagadki, które z niewiadomych przyczyn tylko wybrana osoba może rozwiązać, czy rany brzucha, od których w całej historii odległej galaktyki zmarł tylko Qui-Gon, są denerwujące. I to nie dlatego, że nie jestem w stanie przymknąć na to oka, ale dlatego, że świadczą o lenistwie scenarzystów i/lub nieznajomości przez nich podstawowych praw rządzących galaktyką (sam nie wiem, co byłoby gorsze). Dodatkowo, momentami odcinki były, w mojej opinii, trochę na siłę wydłużane, na czym ucierpiała dynamika i płynność akcji.
Co nie zmienia faktu, że oglądając Ahsokę bawiłem się przednio, a nie raz pojawiły się nawet ciary. Mam też ochotę na więcej, bo powiedzmy sobie szczerze, dwa pierwsze odcinki były prowadzeniem, a teraz, kiedy zrównaliśmy się już z epilogiem Rebeliantów, ruszamy w nieznane i mam nadzieję, że będzie się działo!

