Po wszelkich zawirowaniach jakie miały miejsce w trakcie procesu produkcji, wiele osób z góry „postawiło krzyżyk” na drugim spin-offie w historii Gwiezdnych Wojen. Kiedy po zwolnieniu Christophera Lorda i  Philla Millera ogłoszono, kto obejmie stery projektu, warto było mieć na uwadze, że nowy zespół stworzą reżyser takich hitów, jak m.in. Piękny umysł, Wyścig czy też Apollo 13 oraz scenarzysta Imperium kontratakuje, Powrotu Jedi oraz Przebudzenia Mocy. Efekt współpracy Rona Howarda i Lawrence’a Kasdana musiał być więc ostatecznie co najmniej satysfakcjonujący. Szczęśliwie, ów plan minimum Han Solo wypełnił, a co cieszy jeszcze bardziej, zrobił to z bardzo, ale to bardzo solidną nawiązką!

Aktorzy i postaci nie zawodzą!

Nie można rozpocząć rozważań na temat filmu o najpopularniejszym przemytniku w historii odległej galaktyki inaczej, niż od ogromnych słów uznania dla głównej gwiazdy widowiska. Osoby nieświadome aktorskiego dorobku Aldena Ehrenreicha przez długi czas drżały w obawie przed tym, czy jego występ nie będzie przypadkiem czystą profanacją niekwestionowanej legendy Harrisona Forda. Bez zaskoczenia, aktor amerykańskiego pochodzenia potwierdził w roli Hana Solo swój olbrzymi talent. Za sprawą dopracowanych do perfekcji gestów, ruchów oraz mimiki twarzy, Solo w interpretacji Ehrenreicha był tą samą – choć jeszcze nie do końca ukształtowaną przez trudy życia – charyzmatyczną postacią, która równe czterdzieści jeden lat temu rozkochała w sobie cały świat.

Równie rewelacyjnie co tytułowy bohater wypadły także postaci drugo- i trzecioplanowe. Zdecydowanie najlepszym aspektem filmu była geneza przyjaźni Hana Solo i jego wielkiego, kudłatego kompana Chewbacci. To właśnie ich wspólna relacja, obfitująca zarówno w humorystyczne jak i poruszające akcenty, była jednym z kluczowych wątków angażujących widza. Cokolwiek by o kilku ostatnich Gwiezdnych Wojnach nie mówiono, prawdopodobnie wszyscy są ze sobą zgodni co do tego, iż Lucasfilm za każdym razem odnosi sukces, jeśli chodzi o kreacje nowych droidów. Po uroczym BB-8 i do bólu szczerym K-2SO, tym razem przyszło nam poznać niezależną i sarkastyczną L3-37, która podobnie jak wymieniona wcześniej dwójka, była po prostu jedyna w swoim rodzaju. Barwnie napisani zostali także Tobias Beckett, Dryden Vos i Qi’ra, w których kolejno wcielili się Woody Harrelson, Paul Bettany oraz znana z Gry o Tron Emilia Clarke. Tak jak można było się spodziewać, każdą scenę ze swoim udziałem skradł natomiast Donald Glover, który doskonale przeniósł na ekran cechującą Lando Calrissiana czarującą zuchwałość.

Patos? Nie tym razem.

Jeśli chodzi o fabułę widowiska, tę można śmiało określić mianem mariażu Gwiezdnych Wojen i Indiany Jonesa. Bezpośrednio powiązane z Mocą patos oraz wzniosłość poszły tutaj w odstawkę na rzecz stosunkowo skromnej, lecz przy tym diabelnie efektownej kombinacji science-fiction i westernu. Żywiołowa narracja oraz brawurowe poczynania protagonisty już od pierwszych minut emanowały duchem nieposkromionej przygody. Nie jest to szczególnie zaskakujące, jeśli weźmie się pod uwagę, iż w scenopisarskim dorobku Lawrence’a Kasdana znajdują się przecież również Poszukiwacze zaginionej Arki. Fantastycznie w Hanie Solo wypadły także elementy humorystyczne, które w przeciwieństwie do niektórych gagów z Ostatniego Jedi były znacznie bardziej zachowane w duchu Oryginalnej Trylogii.

Ze względu na fakt, iż film ten opowiadał historię przeszłości po części znanych nam już bohaterów, skutki pewnych wydarzeń dało się przewidzieć w stosunkowo dość prosty sposób. Nie jest to jednakże w żadnym stopniu wadą najnowszej produkcji Lucasfilmu, gdyż scenarzyści zadbali o to, aby emocji w trakcie seansu nie dostarczało nam jedynie pytanie: “CO się wydarzy?”, ale przede wszystkim: “JAK do tego dojdzie?”. Konsekwentne „odhaczanie” poszczególnych (od lat zapisanych w gwiezdnowojennej kulturze) momentów z życia Hana nie pozbawiło całości kilku szalenie intrygujących zwrotów fabularnych. Ich konsekwencje i rozwój będziemy prawdopodobnie śledzić jeszcze przez wiele, wiele lat.

Dla fanów

Powodem, dla którego Han Solo i jego twórcy zaplusują w oczach całej rzeszy fanów są obecne w filmie liczne odniesienia zarówno do nowego jak i starego kanonu. Kasdanowie zawarli w swym skrypcie tak wiele ‘easter-eggów’ oraz nawiązań do przeróżnych źródeł, że tematów do dyskusji bez problemu wystarczy aż do przyszłorocznej premiery Epizodu IX. Warto także podkreślić niesamowicie zaskakujące ‘cameo’ pewnej postaci, której występ bez wątpienia przyczyni się do tego, iż widzowie będą zbierać swoje szczęki spod kinowych foteli jeszcze długo po zakończeniu seansu.

Nieidealnie

Choć ze względu na swą radosna prostotę Han Solo nie posiada wielu problematycznych elementów, nie jest to oczywiście pozycja idealna w każdym calu. W mało subtelnym, wręcz nieco ‚prequelowym’ stylu zaprezentowana została geneza pewnych – nazwijmy to – elementów bezpośrednio budujących tożsamość głównego bohatera. Za niedociągnięcie należy uznać także nierówne tempo akcji na przestrzeni drugiego aktu, w trakcie którego paradoksalnie działo się zdecydowanie najwięcej. Pomimo wielu zachwycających zdjęć autorstwa Bradforda Younga, trzeba przyznać, iż obraz był momentami bardzo ciemny. Choć z jednej strony w ciekawy sposób podkreślało to surowość świata przedstawionego, chwilami niewątpliwie bardzo przeszkadzało.

Konkluzja

Nie oszukujmy się, najnowsza produkcja Lucasfilmu nie jest w żadnym stopniu filmem przełomowym i ciężko wyobrazić sobie, aby zapisała się ona na kartach historii jako najlepsza, bądź też jedna z najlepszych pozycji z całej sagi. Będąc jednak szczerym, nigdy takową być nie musiała. Han Solo to intymne, pozbawione rozmachu na galaktyczną skalę kino przygodowe, które sprawia, iż w trakcie seansu ekscytacja i uśmiech ani na sekundę nie znikają z twarzy. Innymi słowy, jest to kwintesencja najczystszej możliwej rozrywki, czyli dokładnie to, co w znacznym stopniu powinno stanowić jeden z najistotniejszych fundamentów wszystkich Gwiezdnych Wojen. Czego chcieć więcej?!

Źródło: link.