Był taki czas, gdy jako mały chłopiec bardzo lubiłem majsterkować. Zawsze gdy wyjeżdżaliśmy na weekend (czy w wakacje na trochę dłużej) do domu na wsi, najchętniej czas spędzałem w garażu i piłowałem, wbijałem gwoździe, heblowałem, przykręcałem i inne takie. Zawsze miałem ambicje robić same wspaniałości – wypaśnie domki dla ptaków, fikuśne wieszaki na klucze, wiernie oddane i przeskalowane drewniane modele samochodów i takie tam. Niestety moje plany i wizje w zderzeniu z brakiem uzdolnień i determinacji, szans na przetrwanie nie miały żadnych.

Z biegiem lat coraz mniej po drodze było mi z robótkami ręcznymi, więc i szczątkowe umiejętności skarłowaciały i nie wykraczają już wiele ponad wbicie gwoździa, wywiercenie dziury w ścianie, czy sklecenie ikeowej szafki. Jednak najgorsze jest to, że nie posiadam ani pół narzędzia. Nie uświadczy się u mnie ni kombinerek, ni śrubokrętu, ni młotka nawet…

I tutaj myślami cofam się o jakieś 4-5 lat, gdy w pracy rozprawialiśmy o tym, co jest najlepszym prezentem dla chrześniaka jako prezent z okazji jego Chrztu. Większość propozycji była sztampowa i nieciekawa i jedynie dwie zasłużyły na uwagę. Ja obstawałem, że staropolskim zwyczajem chłopakowi powinno się sprezentować beczkę wódki, zakopać ją i już jako domową starkę wydobyć na jego osiemnaste urodziny. Mój dobry przyjaciel stwierdził natomiast, że swemu chrześniakowi kupi naprawdę porządną skrzynkę z narzędziami, która starczy na całe życie. I choć początkowo tak nie uważałem, teraz stwierdzam, że jego pomysł był lepszy i żałuję, że ja takiego od swojego chrzestnego nie dostałem.

No nic, trzeba będzie sobie nabyć jakieś uniwersalne narzędzie, o, takie na przykład jak to powyżej 😉