Dziś, kiedy co drugi post przewijający się na moim fejsiku przedstawia okładkę Star Wars Battlefront, nikt z fanów SW nie mówi praktycznie o niczym innym, ja stwierdzam, że w kwestii gier mam poważne braki.

Wspominałem już kiedyś, że z tych dziejących się we wiadomym uniwersum grałem (z niemałą przyjemnością) tylko w KOTORa, a nawet nie wprowadzając tego ograniczenia, były tylko dwie gry (mowa o erze post amigowej), które porwały mnie i wciągnęły bez reszty fundując przynajmniej kilka nieprzespanych nocy. Jedną z nich był Max Payne, głównie dlatego, że przestrzeliwanie się przez niemal nieskończone zastępy bandziorów, nigdy nie było tak przyjemne, jak z wykorzystaniem świetnego „bullet time’a”. To, i noirowsko-chandlerowski klimat, do którego jak już wiadomo, mam słabość, sprawił że Max (i Mona) był mi kompanem na długie wieczory.

Jednak grą, której poświęciłem zdecydowanie najwięcej mego, wtedy jeszcze nie tak cennego, czasu był oczywiście Fallout, bo jeśli jest coś, co lubię bardziej od klimatów noirowskich, to są to klimaty postapokaliptyczne, a dobrego RPGa, zawsze koniec końców przedkładałem nad strzelankę. No i dlatego też zamiast wrzucać i ja okładkę Battlefronta (bo na tym etapie przecież nikt jeszcze nie wie, jak ona wygląda ;)), na wrzuciłem co innego, bo szczerze mówiąc dużo bardziej rajcuje mnie wizja Fallouta 4 i jeśli tylko sprzęt pozwoli, jest dużo większa szansa, że znów ruszę na poszukiwanie Vaultów, niż wezmę udział w Bitwie o Jakku (choć chętnie poznam jej fabularne aspekty).