O ile poniedziałki od dawna oznaczają granie w siatkę, o tyle jeśli dentysta się o mnie upomina, to najczęściej tę „przyjemność” rezerwuję sobie na wtorki i jak nietrudno zgadnąć, dziś był właśnie jeden z tych sądnych wtorków.

 

Zębów nigdy nie miałem zbyt mocnych, wręcz przeciwnie, miały niemiłą bardzo skłonność do ubywania. Być może do rzeczy miało coś moje uwielbienie dla słodyczy i umiarkowana, za młodu, konsekwencja i obowiązkowość przy szczotkowaniu zębów, jednak chyba nawet bardziej zawinił tutaj wiatr ze wschodu, który przywiał niepozorną chmurę z pewnego ukraińskiego miasta. No a na to nie mogłem już nic poradzić, a że dentysty bałem się panicznie, to i moje uzębienie w najlepszym stanie nie było.

No ale w końcu trzeba było się zmobilizować i zrobić z tym porządek. Niestety kosztowało to mnóstwo czasu i bólu, co gorsza, bólowi fizycznemu, towarzyszył ból duszny wywołany rozstawaniu się z bardzo dużymi sumami. A skończyło się tym, że choć ząbki wciąż mam wszystkie swoje i w stanie niezłym, to już chyba żaden z nich nie jest dziewiczo nienaruszony.