Tytuł: Ucieczka
Nie minęły nawet cztery dni od premiery Parszywej zgrai, a my już obejrzeć mogliśmy kolejną jej odsłonę. Aczkolwiek nie byłem przekonany, że to coś dobrego, bo poirytowanie (mówiąc delikatnie) pierwszym odcinkiem wciąż mi nie minęło. W związku z tym miałem poważne obawy, że drugi oberwie w tym przypadku rykoszetem i moja ocena nie będzie obiektywna. Ale stwierdziłem, że nie będę się tym przejmował, bo w końcu obiektywna recenzja, to i tak oksymoron.
Da się?
Jeśli się nad tym zastanowić, to odcinek Ucieczka (w oryginale znacznie zgrabniejsze Cut and Run) niewiele różnił się od pierwszego. Fabularnie znów działo się niewiele, a nowe status quo Zgrai pozostało na razie bez większych konsekwencji. Pod nogami i tym razem plątała się Omega, ponownie zobaczyliśmy też starych znajomych (oczywiście nie tych samych). O dziwo gościnny występ nie oznaczał tym razem przepisywania kanonu i patroszenia bardzo udanej historii (oj, tego Kanana, to długo im nie wybaczę!).
Nie mogło też oczywiście zabraknąć odrobiny akcji, choć mam wrażenie, że pojawiła się ona przede wszystkim po to, by nasi świeżo upieczeni dezerterzy nie wyszli za bardzo z wprawy, bo wielkiego napięcia czy poczucia zagrożenia raczej się tam nie uświadczyło.
Także jak widać sporo elementów z Pokłosia się powtórzyło. Czy zatem ocena tym razem mogła być inna i czy odcinek mógł mieć jakieś zalety poza znacznie krótszym czasem trwania?
Da się!
Ano mogła i mógł, a to dlatego, że The Bad Batch S01E02 miał coś, czego jego poprzednikowi zabrakło – duszę. Była to prosta, kameralna historia osadzona w dość nudnym otoczeniu, ale wystarczyło kilka prostych zabiegów, by całość oglądało mi się dużo lepiej i bym poczuł jakąkolwiek więź z bohaterami.
Krytykowana dość powszechnie Omega wypadła tym razem dużo wiarygodniej i, nie wierzę, że to piszę, momentami była prawie urocza. Wreckerowi na zdrowie wyszło porzucenie idiotycznych zachowań i eksponowania intelektu na poziomie Jar Jara, do tego stopnia, że to właśnie jemu przypadła chyba najlepsza scena całego odcinka. Także wiecznie ponury Hunter wypadł jakoś tak bardziej ludzko i przekonująco, może dlatego, że przyszło mu stawić czoła dużo przyziemniejszym, ale i prawdziwszym problemom.
I ok, pod pewnymi względami zaczyna to przypominać Mandalorianina, ale chcę wierzyć, że jednak nie dostaniemy tutaj powtórki z rozrywki, a twórcy mają w zanadrzu coś specjalnego. Mam też nadzieję, że nadal będziemy dostawać choć pobieżny rzut ona na zmiany, jakie niesie ze sobą rodzące się Imperium.
Na szczęście tym razem znacznie łatwiej mi w to uwierzyć, bo The Bad Batch S01E02 nastroił mnie dużo pozytywniej, choć podejrzewam, że nie i tym razem moja opinia nie będzie przesadnie popularna.
Poprzednie recenzje
A oto recenzje poprzednich odcinków, a właściwie na razie tylko jednego:

