Tytuł: Rogue One: Cassian & K-2SO 001
Scenariusz: Duane Swierczynski
Rysunki: Fernando Blanco
Historia: Cassian & K-2SO

Cassian and K-2SO

Są takie komiksy (i nie tylko) które, choć są kanoniczne na równych prawach z filmami i wszystkim innym, nie powinny jednak nigdy powstać. Niestety z takim przypadkiem mamy do czynienia w przypadku one-shota (samodzielny, jednoczęściowy komiks) Rogue One: Cassian & K-2SO.

Geneza K-2SO

Ktoś najwyraźniej stwierdził, że skoro Łotr 1 okazał się takim sukcesem, a K-2SO wyrósł na gwiazdę, to należy dopowiedzieć jego historię, a konkretniej to, jak stał się wiernym kompanem kapitana Andora. Jeśli spodziewaliście się dramatycznej, emocjonującej historii i bohaterów balansujących na granicy życia i śmierci, to niestety się zawiedziecie. Może zamiast tego, oczekiwaliście, że Cassian i K-2SO przeżywać będą porywające, ale i pełne humory przygody rodem z najlepszych buddy movies? Znów pudło. No ale przecież taki komiks, prequel do świetnego filmu, musiał w jakiś sposób rozbudować postacie, a może nawet mitologię całego uniwersum. Nie chcę was martwić, ale i tutaj wygląda to słabo.

Prawda jest taka, że geneza „powstania” K-2SO w formie, w jakiej poznaliśmy go w zeszłorocznym filmie, jest boleśnie prozaiczna i zwyczajna. Cały sztab ludzi musiał chyba dniami i nocami głowić się, by wymyślić coś tak anty klimatycznego. Dla nich mam dobrą wiadomość — odnieśli sukces przez duże SUCK.

Aczkolwiek jedyne, co im się udało, to wprowadzenie do słynnego już „Kapitan powiedział, że muszę.”

Kapitan Andor

Skoro już o Cassianie mowa, to jemu też poświęcić należy kilka słów… To nie jest Cassian, którego szukacie. Proszę, było kilka słów i bardzo korci mnie, by na tym poprzestać. Dodam jednak, że pomiędzy bohaterem przedstawionym w komiksie a filmowym pierwowzorze dostrzegam duże rozbieżności. W Łotrze Cassian jawił mi się, jako zimnokrwisty, wyrachowany profesjonalista, podczas gdy w komiksie jego sposób przeprowadzania misji do złudzenia przypomina mi Hana Solo.

Na otarcie łez

Czy komiks Cassian and K-2So 001 miał zatem w sobie cokolwiek, co można pochwalić? Owszem. Z trudem, bo z trudem, ale udało mi się coś takiego znaleźć. Po pierwsze wspomnieć można rysunki, które wybitne na pewno nie były, ale utrzymywały się na poziomie przynajmniej przyzwoitym. Do tego całkiem pasowały mi do opowiadanej historii, więc tutaj mogę dać drobny plus.

„I cant tell if that’s raw sewage… or are you two talking without my back.” – Cassian do towarzyszącej mu dwójki agentów

Plusem nawet większym okazał się para obcych, którzy towarzyszyli Cassianowi podczas jego misji (a którzy poradziliby sobie chyba z nią znacznie lepiej, bez jego udziału). Należeli oni do razy porozumiewającej się głównie za pomocą wyzwalanych przez siebie zapachów. Do pomysłów wyjątkowo odkrywczych ten nie należy, ale stanowił podstawę kilku, naprawdę niezłych tekstów. Mam więc nadzieję, że Kertas i Rismor pojawią się jeszcze kiedyś.

Niemniej jednak całość należy uznać za wielkie rozczarowanie. Obiecywałem sobie naprawdę wiele po tej pozycji. Szkoda, że nie zdecydowano się z niej uczynić mini serii, myślę, że wtedy lepiej wykorzystałaby drzemiący w niej potencjał.

Jest też kilka wariantów okładek do zobaczenia: