O ile nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Świąt Wielkiej Nocy, głównie ze względu na zbyt małą ilość wolnego (wiem, wiem, największe, katolickie święto przeżywam jak cholera), o tyle chyba moją absolutnie ulubioną tradycją świąteczną od zawsze był Śmingus Dyngus.

Pamiętam, że w domu odbywały się u nas czasami prawdziwe bitwy wodne. Nie było wtedy przecież tak wypasionych pistoletów na wodę, jak teraz, ale plastikowa butelka z przebitą zakrętką, czy buteleczka po szamponie w zupełności wystarczały. A pogotowiu zawsze znajdowała się też jakaś strzykawka – wiem, jak to obecnie brzmi, aczkolwiek dawniej strzykawki nie były niczym niestosownym, czy kojarzącym się negatywnie, a w domach one po prostu bywały i stanowiły dla dzieci świetną zabawkę nie tylko na Lany Poniedziałek.

Zdarzało mi się też przyczajać na balkonie z zapasem balonów wypełnionych wodą, aczkolwiek atakowałem nigdy nie atakowałem osób starszych czy ewidentnie idących w gości, a tylko podobnych mnie podrostków. Pod blokiem nigdy nie byłem zbyt popularny, więc tym większą miałem motywację, by celnie rzucać.

Dziś niestety Śmingus Dyngus mam wrażenie, że jest tradycją już zanikającą i bardzo mnie to martwi, choć też to rozumiem. Po pierwsze sprzysiągł się przeciw niej klimat, bo co innego gonić się z sikawkami, gdy na polu świeci piękne słońce i jest przynajmniej kilkanaście stopni (dawniej przecież najczęściej tak właśnie wyglądała Wielkanoc), a co innego, gdy wyjść na zewnątrz i owszem można, ale głównie po to, by porzucać się śnieżkami.

Po drugi dzieciaki obecnie o jakiejkolwiek aktywności fizycznej, wolą wgapiać się w ekrany swoich komputerów czy protez mózgowych (smartfonów znaczy). Nie wspominając o tym, że wszelka woda mogłaby im (urządzeniom, nie dzieciakom) zaszkodzić.

Na szczęście w tym roku pogoda znów dopisała, więc butelki już napełnione i zaraz będzie się działo 🙂