Weekend, weekend i po weekendzie trzeba niestety powiedzieć. Tym razem minął mi on wyjątkowo szybko i jakoś tak bezproduktywnie niestety. Co prawda sobota zaczęła się bardzo dobrze, bo od seansu Deadpoola, a i wieczór był całkiem miły na koncercie Kreciej Roboty i w dobrym towarzystwie, no ale ta niedziela…
Najpierw trzeba było trochę odpocząć po poprzednim wieczorze, więc wstawanie nieco się przedłużyło, a zanim się człowiek ogarnął w ogóle, to już było dobrze po południu. Potem szybkie muzeum… Tak, tak, muzeum, a nie żadna galeria, choć w sumie potem krótkie zakupy też były. Następnie obiad, poobiednia siesta i trzeba było zabrać dupę w troki i ruszyć do kuchni. A tam było… ach, czego tam nie było.
Była zupa cebulowa, była jakaś warzywna, pyszna breja, które potem połączona z farszem przeznaczonym do pierogów, została ostatecznie zawinięta w tortille. Miały też być owe pierogi w ilości pierdziliarda, ale ostatecznie czasu i sił na nie już nie starczyło. Ale za to były jeszcze burgery, dwa rodzaje taiyaków, no i wielki gar lemoniady. Może nie wszystkie z tych potraw robiłem sam, ale uczestniczyłem we wszystkich, także teraz udaję się na zasłużony odpoczynek.