Jak widać powyżej, wtorki nie należą do moich ulubionych dni tygodnia. Większość ludzi najszczerszą nienawiścią darzy poniedziałek, dla mnie jednak wrogiem publicznym numer jeden jest właśnie wtorek. Dlaczego, zapytacie…

To bardzo proste. Wiadomo, że poniedziałki nie są niczym przyjemnym, po króciutkim, weekendowym odpoczynku wraca się do pracy (czy co młodsi do szkoły/na zajęcia) i owszem, nie ma w tym nic przyjemnego, ale jednak te dwa dni wolnego dały odrobinę wytchnienia. Dlatego też do pracy wracamy nieco podbudowani fizycznie i psychicznie. Dodatkowo od pracowej rutyny zdążyliśmy się minimalnie odzwyczaić, więc poniedziałek, choć rozkręca się kaprawo, to jednak mija całkiem sprawnie.

Niestety we wtorek nie ma już co na to liczyć. Zniechęcenie, które kumulowało się przez cały poniedziałek, dociera do nas we wtorek, jakoś tak zaraz po przyjściu do fabryki. Nie pozostało już nic z poniedziałkowej świeżości, więc i kolejne godziny wloką się niemożebnie, i gdy wydaje mi się, że przesiedziałem już za biurkiem przynajmniej kilka godzin, okazuje się, że jest, o zgrozo, dopiero 9.45.

Zresztą wtorek zatruwa też większą część tygodnia, do doskonale ilustruje poniższa grafika.

Pierwsze jego widmo (oczywiście mroczne) pojawia się już w sobotę budząc lekki strach, na niedzielę dodatkowo nakłada się nieubłagany koniec weekendu powodując złość. A poniedziałek, to już wręcz nienawiść, a we wtorek cierpienie.

Dobrze, że mam go już niemal za sobą 🙂