Niedzielny dzień jak zwykle spędziłem na wsi, w domku, który kiedyś miał stać się naszą rodzinną posiadłością i siedzibą seniorów rodu. jednak wichry historii nie były dla nas łaskawe, a nieruchomość podupadła i zaczęło zagrażać jej zapomnienie.

Oczywiście piszę to wszystko z dużym przymrużeniem oka, bo „posiadłość” jest niczym więcej niż zwykłym domem na wsi, który niestety faktycznie podupadł nieco na zdrowiu vel stanie technicznym, gdy zabrakło mojego taty. Stoi jednak wciąż dzielnie, a po drobnych (trwających już czwarty weekend) porządkach, może on być całkiem przytulnym gniazdkiem, tym bardziej, że wieczory i noce niespostrzeżenie zrobiły się bardzo chłodne, a tam spędzić je można przy kominku.

I może nie wiszą na nim takie trofea, jak powyżej (swoją drogą, które najlepsze?), ale też kilka dziwnych rzeczy znaleźć na nim można. Są tam oczywiście zapałki, ale to chyba jedyna standardowa rzecz. Jest też kilka kaset magnetofonowych, jednak nie żadnych tam nowomodnych oryginałów, a raczej nagrywanych z radia składanek lub też albumów przegrywanych z wypożyczanych CD (tak, bywały dawniej wypożyczalnie płyt CD). Oczywiście kasety nie są tam czysto dekoracyjnie, gdyż obok kominka dumnie stoi wieża Unitra starsza chyba jeszcze ode mnie. Jest tam też długopis, na który nawinięty jest jakiś święty obrazek, czy też jakieś zdjęcie z Watykanu (pamięta ktoś jeszcze takie?), nie żebyśmy byli jakąś specjalnie religijną rodziną, ale taki długopis po prostu należało mieć. Znaleźć na kominku można też kilka moich ulubionych resorówek Matchbox, także PRLowski skansen jak malowanie. Ale był też na kominku osobnik jakby z innej bajki – niewielki kominiarczyk stworzony ze słomy czy czegoś podobnego, obleczony jakimiś czarnymi szmatkami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo w domu na wsi znajdują się najróżniejsze osobliwości, gdyby nie fakt, iż nikt nie pamięta kiedy i w jakich okolicznościach pojawiła się tam ta postać… (i tutaj włącza się w tle tajemnicza, niepokojąca muzyka ;))