Od czego by tu zacząć…

Cóż, zaczęło się chyba wszystko dawno dawno temu, w odległej galaktyce zwanej PRLem. Uwielbiałem wtedy (i nadal uwielbiam, choć dziś o nie trudno) hot dogi, koniecznie z kiełbaską leszczyńską (tę, którą nieżyczliwi przyrównywali w smaku do zmielonego papieru toaletowego). Zresztą hot-dog był dość szumnym określeniem dla bułki z dziurą, parówką i sikiem musztardy. Ale takie to właśnie były czasy – proste i bardzo toporne. Jednak dzieckiem będąc nie dostrzegałem wszystkich niedostatków ustroju komunistycznego, tylko cieszyłem się hot-dogiem, jak… no jak dziecko, a jeśli dodatkowo towarzyszyła mu butelka Pepsi Coli, to już w ogóle byłem w siódmym niebie. Jak ten kapitalistyczny wynalazek zgniłego zachodu przedostał się przez żelazną kurtynę nie wiem, ale już wtedy do coli miałem wielką słabość.

Po latach, gdy nie tylko Pepsi, ale i Coca Cola były powszechnie dostępne, moja słabość jeszcze się pogłębiała, apogeum swe osiągając na studiach, podczas których trudno było mnie w pobliżu zaobserwować… w ogóle, ale jeśli już tak się zdarzyło, to zawsze miałem przy sobie buteleczkę napoju bogów, jak wtedy już zacząłem Colę nazywać (wtedy też mocno już tęskniłem za butelkami Pepsi o pojemności 0,6l – czy ktoś je jeszcze w ogóle pamięta).

Z czasem Coli stałem się tak oddany, że miałem nawet szalone pomysły założenia pierwszej w Polsce (a może i na świecie) Kolarni, czyli miejsca, gdzie można spróbować najróżniejszych rodzajów i wariacji smakowych mego ulubionego napoju oraz zjeść posiłki z udziałem coli przygotowywane.

Jednak prawdziwa rewolucja nastąpiła pod koniec studiów, kiedy ze znajomymi wybraliśmy się na wycieczkę na Słowację, a pośród wielu kultowych produktów i sytuacji, najbardziej w pamięć zapadła mi Kofola, czyli knedlikowa wariacja na temat Coli. Nie była to jednak tania imitacja, a napój, który miał swój własny charakter i niepowtarzalny smak. Dość powiedzieć, że bardzo przypadł mi on do gustu, być może bardziej nawet, niż standardowa Cola (a właściwie Pepsi – w tym sporze jestem zdecydowanym pepsistą). Niestety o Kofolę w Kraju nad Wisłą nie jest łatwo, więc jest to napój bogów pity tylko podczas specjalnych okazji. A piszę o tym dlatego, że dziś taka właśnie okazja się nadarzyła i z okazji odwiedzin dawno niewidzianego kumpla otworzyłem zachomikowaną butelkę Kofoli, by tym lepiej wspominało się dawne, studenckie czasy.

Na zdrowie!