Gwiezdne wojny nareszcie wróciły do kin! Trwało to dłużej, niż ktokolwiek się spodziewał, ale najważniejsze, że w końcu się stało. Pytanie tylko, czy powrót okazał się triumfalny, czy może Mandolianin i Grogu powinni jednak pozostać na małym ekranie.
Sezon 4
Pytanie to jest tym bardziej zasadne, że po seansie trudno oprzeć się wrażeniu, iż film z powodzeniem mógłby być po prostu 4. sezonem The Mandalorian. I niestety, nie byłby to nawet najlepszy z sezonów. Struktura (i prostota) fabuły, stawki czy „zwroty akcji” to rzeczy, które przerabialiśmy już w poprzednich odsłonach serii. W tym względzie film Jona Favreau nie wnosi niczego nowego.
Również w kwestii „nowych” bohaterów nie jest szczególnie imponująco. Rotta to ciekawa odmiana wśród Huttów, zwłaszcza że rozpisano go tak, by wzbudzał sympatię widzów, jednak ja u boku Dina znacznie chętniej zobaczyłbym Bo-Katan albo, przede wszystkim, Carę Dune (wciąż liczę, że Disney schowa dumę do kieszeni i Gina Carano wróci kiedyś do odległej galaktyki).
To, co moim zdaniem wyszło lepiej niż w serialu, to utrzymanie w ryzach fan service’u. Twórcy mogli pójść na łatwiznę i zasypać nas gościnnymi występami czy oczywistymi nawiązaniami, ale tego nie zrobili. Oczywiście, nawiązania są, jednak jak na standardy Mandalorianina są stosunkowo subtelne, a jednocześnie dają sporo frajdy.
I właśnie „frajda” jest tu słowem kluczowym. The Mandalorian & Grogu nie próbuje być niczym więcej niż kinem rozrywkowym skierowanym do fanów. I w mojej ocenie z tego zadania wywiązuje się bez zarzutu. Mimo że fabularnie nie ma tu fajerwerków, a ostatni akt nieco się dłuży, bawiłem się naprawdę dobrze.
Akcja akcji nierówna
Jednym z elementów odpowiadających za tę frajdę są sceny akcji, których jest tu pod dostatkiem. Da się jednak zauważyć, że są one nierówne. Początek jest bardzo obiecujący i ma kinowy rozmach, co zdecydowanie rozbudza apetyt. Niestety później film nieco spuszcza z tonu.
Rotta, choć jako postać przypadł mi do gustu, jako bohater kina akcji wypada przeciętnie, żeby nie powiedzieć nudno. Huttowie ewidentnie nie są stworzeni do bardziej dynamicznych scen.
Czego nie można powiedzieć o Embo. Ten wypada świetnie, a sceny z jego udziałem należą do moich ulubionych w całym filmie. Szkoda tylko, że jego wprowadzenie odbywa się bez żadnej pompy, dla mniej obeznanych z kanonem widzów mógł wyglądać jak przypadkowy łowca nagród.
Niestety większość pozostałych scen akcji również pozostawia pewien niedosyt. Starcia z menażerią potworów niewiele oferują, a rozprawianie się z zastępami droidów bywa wręcz nużące. To, co działało na krótkim dystansie w serialu, w wersji filmowej wyraźnie kuleje, przez powtarzalność, statyczność i brak ciekawych pomysłów na rozegranie dłuższych sekwencji. Innymi słowy: John Wick to to nie jest.
Honor próbują ratować walki myśliwców. Ogląda się je znacznie przyjemniej, choć i tutaj nie ma nic rewolucyjnego. Mimo to miło było znów zobaczyć w akcji Brzeszczota.
Kameralna historia
Najmniej przypadła mi do gustu sama historia. Pomijając już wspomniany, znany schemat „od questa do questa”, skala i stawki są tu tak niewielkie, że trudno o większe emocje. Na wielkim ekranie przywykliśmy do walki o losy galaktyki i wydarzeń, które zmieniają jej obraz.
Tego właśnie zabrakło. Nie mam nic przeciwko bardziej kameralnym historiom i lokalnym konfliktom, ale fakt, że status quo nie zmienia się tu ani o jotę, a film nie daje nawet drobnej zapowiedzi kierunku, w jakim zmierza „mandoverse”, uważam za spory problem. To element, który mógł znacząco poprawić odbiór całości.
Podsumowanie
Patrząc na The Mandalorian & Grogu tak obiektywnie, jak to dla fana możliwe, trzeba przyznać, że film z powodzeniem mógłby być kolejnym sezonem serialu. Pozwoliłoby to uniknąć fabularnych uproszczeń i dałoby więcej czasu najciekawszym wątkom i postaciom.
Mimo to nie zamierzam narzekać na fakt, że projekt Jona Favreau trafił do kin. Po pierwsze, bawiłem się dobrze, nawet jeśli film nie trafi do mojej topki. Po drugie, gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że będziemy oglądać przygody Dina i Grogu na wielkim ekranie, byłbym zachwycony. Mam jednak wrażenie, że zarówno entuzjazm, jak i wynik finansowy byłyby znacznie lepsze, gdyby Mando i Grogu trafili do kin wcześniej, na fali największej popularności „baby Yody”.
PS. Są jeszcze dwie rzeczy, które bardzo przypadły mi do gustu: świetne przedstawienie planety Nal Hutta oraz, tradycyjnie już, muzyka Ludwiga Göranssona. Ale to ostatnie, to akurat żadna niespodzianka.

