W ramach dotyczącego „Gwiezdnych Wojen” podcastu prowadzonego przez popularny serwis EMPIRE Magazine, Rian Johnson uchylił rąbka tajemnicy odnośnie wielu szeroko dyskutowanych szczegółów ósmego epizodu sagi. Poniżej przedstawiamy kilka najciekawszych wypowiedzi reżysera.

Los Naczelnego Wodza

Już na kilka miesięcy przed premierą „Ostatniego Jedi” Johnson otwarcie mówił, że tajemnica pochodzenia lidera Najwyższego Porządku nie jest tematem, który eksplorował w trakcie prac nad scenariuszem. Decyzję o zabiciu tej postaci reżyser wytłumaczył w następujący sposób:

Bardzo lubię postać Snoke’a oraz sposób w jaki zagrał go Andy Serkis. Prawdziwie interesującym antagonistą tej trylogii jest jednak dla mnie Kylo Ren. Eliminacja łączącej ich relacji, analogicznej do tej pomiędzy Vaderem i Imperatorem, od samego początku wydawała mi się ciekawą opcją, która wprowadzi sagę na całkowicie nowe tory.

Jeśli chodzi o brak przedstawienia jakiejkolwiek genezy Naczelnego Wodza, Johnson powiedział, że:

Było to naturalne. Gdyby w którymś momencie Snoke nagle przerwał swój monolog, aby opowiedzieć nam o swoim pochodzeniu, zabiłoby to dynamikę całej sceny. Dla bohaterów, a zwłaszcza dla Rey, nie miałoby to natomiast dosłownie żadnego znaczenia. To nie jest i nigdy nie była historia Snoke’a.

Brak Rycerzy Ren

Nieobecność zamaskowanych członków zakonu Kylo Rena była kolejną z rzeczy, która zaskoczyła wielu fanów. Twórcy postanowili zachować ich na inną okazję z prostego powodu.

Przy tak rozbudowanej fabule nie mieliśmy już wolnego miejsca na jeszcze jeden element.

Kiedy światło dzienne ujrzały pierwsze zdjęcia gwardii Naczelnego Wodza, wraz z nimi pojawiły się spekulacje, czy to właśnie oni nie są przypadkiem Rycerzami Ren. Jak się okazuje, Johnson rozważał taką ewentualność.

Mogłem spokojnie użyć Rycerzy Ren w miejsce Pretorianów. Mając jednak na uwadze, że los gwardzistów Snoke’a był z góry przesądzony, zmarnowałbym wtedy ich potencjał. Dodatkową komplikację stanowiłaby w tym przypadku także relacja pomiędzy nimi a Kylo, która to – jakakolwiek nie jest – bez wątpienia istnieje.

Bardzo możliwe, że J.J. Abrams skorzysta z Rycerzy Ren w dziewiątej części sagi. To właśnie on stworzył te postaci i niejednokrotnie wypowiadał się na ich temat, przekonując nawet, że zasługują oni na własny spin-off.

Tożsamość rodziców Rey

Choć liczba teorii łączących Rey z rodem Skywalkerów, Obi-Wanem Kenobim, a nawet Imperatorem Palpatinem osiągnęła status niepoliczalnych, Rian Johnson postanowił obrać całkowicie odmienną drogę, jeśli chodzi o wyjaśnienie pochodzenia protagonistki nowej trylogii.

W trakcie prac nad scenariuszem sporządziłem listę, na której wypisałem wszystkie wady i zalety wynikające z każdego z ewentualnych rodowodów Rey. Z ostatecznie wybranej opcji szczególnie przemówiły do mnie dwie konkretne rzeczy. Po pierwsze, bardzo spodobał mi się pomysł, że nie trzeba być spokrewnionym z kimś legendarnym, aby samemu być potężnym Mocą. Jest to gwiezdnowojenna wersja powiedzenia: „każdy może zostać prezydentem”.

Kluczowy w tym wszystkim był jednak aspekt dramaturgiczny. Powodem, dla którego „I am your father” zadziałało swego czasu w tak niesamowity sposób jest fakt, że była to najbardziej szokująca z możliwych prawd, z którą widzowie i przede wszystkim Luke musieli się skonfrontować. Ta jedna linia dialogowa sprawiła, że wszystko to, co uważaliśmy do tamtej pory za proste i oczywiste zostało wywrócone do góry nogami, zmuszając przy tym naszego bohatera do spojrzenia na Vadera w zupełnie innym, znacznie bardziej skomplikowanym świetle. Moim zdaniem, gdyby Rey otrzymała klarowną odpowiedź, że jest powiązana z jakąś konkretną osobą, byłaby to dla niej najbardziej komfortowa sytuacja, z góry określająca jej miejsce w całej historii. Postawienie jej w szranki z prawdą mówiącą, że twoje pochodzenie nie jest tym, co cię definiuje, zmusiło ją do samodzielnego podjęcia decyzji, którą drogą chce i powinna podążyć, co ostatecznie przejawia się w odrzuceniu propozycji Kylo Rena.

Choć Rian Johnson nie wykluczył opcji, że w Epizodzie IX tożsamość rodziców Rey może ulec zmianie, mało prawdopodobne wydaje się, aby J.J. Abrams odszedł od przedstawionej w „Ostatnim Jedi” wersji wydarzeń.

Śmierć Luke’a Skywalkera

Absolutnie nic – ani zabicie Snoke’a, ani też brak powiązania Rey z którąkolwiek ze znanych nam postaci – nie zszokowało fanów w takim stopniu, jak śmierć bohatera ich dzieciństwa.

Jedno wiem na sto procent. Luke Skywalker, z którym dorastałem nie jest tchórzem. Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić było wymyślenie powodu, dla którego postanowił on odciąć się od wszystkiego. Niemal od razu zrozumiałem, że najlogiczniejszą z opcji jest w tym przypadku uświadomienie sobie z jego strony, że działania Jedi i pokładana w nich wiara okazały się być dla Galaktyki zwyczajnie szkodliwe. Wszyscy zaufali fałszywym bożkom i teraz muszą ich zapomnieć, aby światło mogło powstać z czegoś znacznie czystszego i godniejszego. Ponieważ Luke jest ostatnim przedstawicielem tej religii, w jego mniemaniu to właśnie do niego należy obowiązek tego swego rodzaju samopoświęcenia, pomimo że serce pcha go do walki i pomocy przyjaciołom. Utwierdzając się w przekonaniu, że czas Jedi przeminął, wziął on na swoje barki ciężar i grzechy całego świata.

Zakończenie filmu jest ze strony Luke’a wyrazem akceptacji tej części przeszłości, która w danym momencie jest niezbędna dla teraźniejszości – jego własnej legendy. Ludzie potrzebują czegoś, nawet tak prostego jak figurka Luke’a, co pozwoli im spojrzeć w gwiazdy i uwierzyć, że i oni, podobnie jak Skywalker, mogą zostać bohaterami.

Jeśli chodzi o sam sposób odejścia Luke’a, wizja Riana była jasna.

Przede wszystkim chciałem, aby jego śmierć odbyła się na spokojnie i wyłącznie na jego własnych zasad. Chciałem, aby była ona symbolem triumfu, który wskrzesił iskrę nadziei w całej Galaktyce. Nie chcę ubierać w słowa wszystkiego, co zrobił na sam koniec, ale w moim odczuciu było to wyrazem spełnienia.

Chłopiec stajenny i jego symbolika

Pomimo że wszystkie filmy z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” mają tendencję kończyć się ujęciami głównych bohaterów w chwilach triumfu lub porażki, Johnson postanowił odejść od tej tradycji.

Kiedy napisałem scenę, w trakcie której wszyscy bohaterowie znajdują się na pokładzie Sokoła pomyślałem, że jest to idealny moment, aby zakończyć tę część historii.

Szalenie istotne było jednak, aby zaakcentować, że czyn, którego dokonał Luke, nie tylko ocalił pozostałą przy życiu garstkę Ruchu Oporu, ale również stanowił źródło inspiracji dla całej Galaktyki. Kiedy Leia wypowiada zdanie: „Mamy wszystko, czego potrzebujemy”, ma tutaj na myśli nie tylko każdego z obecnych na pokładzie, ale także i wszystkich tych, którzy zainspirowani legendą Luke’a Skywalkera są gotowi stanąć do walki o lepsze jutro.

Pełną rozmowę z Rianem Johnsonem możecie wysłuchać poniżej:

„Ostatni Jedi” zadebiutował na ekranach kin już ponad miesiąc temu. Choć ósma część sagi zebrała rewelacyjne recenzje od krytyków, wyraźnie podzieliła jednak najbardziej zagorzałych fanów sagi, co ostatecznie nie przeszkodziło jej stać się najbardziej kasową produkcją 2017 roku.

Źródło: link, link.