Rozdział 9: Dziwne sojusze

Rozdział 10: Mroczny Lord

No i stało się. Pierwszy sezon Maula – Mistrza Cienia dobiegł końca, a ja siedzę z mieszanką zachwytu i lekkiego rozczarowania. Nie dlatego, że finał był słaby, wręcz przeciwnie. Problem w tym, że wcześniejsze odcinki wywindowały poprzeczkę tak wysoko, że nawet świetne zakończenie mogło mieć problemy z jej przeskoczeniem.

Akcji Ci u nas dostatek

Zacznijmy od tego, że finał to jazda bez trzymanki. Akcja na najwyższych obrotach trwa praktycznie od początku, do końca. Ale w tym całym pędzie gdzieś zawieruszyło się to, co Maul robił wcześniej najlepiej: emocje, klimat, te ciche momenty, które wbijały w fotel i na długo zapadały w pamięć. Bez dwóch zdań, było niezwykle efektownie, ale zabrakło tych kilku spokojniejszych chwil by w pełni poczuć wagę wydarzeń, których byliśmy świadkami.

Całej historii zawartej w dwóch finałowych odcinkach zabrakło też nieco nieobliczalności i zaskoczenia (jeśli nie liczyć iście horrorowego jump scare’a). Bohaterowie szli jak po sznurku do momentu, który nastąpić musiał, a jedyną niewiadomą pozostawał tak naprawdę skład osobowy, w którym do niego dotrą (i tutaj również obyło się bez większych niespodzianek).

Co do plusów, to zdecydowanymi wygranymi finału okazali się Inkwizytorzy. Po latach bycia memicznymi nieudacznikami wreszcie dostali swoje pięć minut i zagrali tak, jak powinni od początku istnienia tej formacji. Momentami (choć znacznie krótszymi, niż bym sobie życzył) styl i klimat scen z ich udziałem kojarzył mi się z genialną animacją Spider-Man: Uniwersum.

Ciemność widzę

Genialnie poprowadzony został też wątek Devon. Stało się to, co było oczywiste praktycznie od pierwszego odcinka. I choć przewidywalność tego wątku mogłaby być wadą, tutaj działa perfekcyjnie. Jej upadek jest tak dobrze poprowadzony, tak logiczny i tak emocjonalnie uzasadniony, że trudno znaleźć tutaj jakikolwiek minus.

Najlepsze jest to, że argumenty Maula nie brzmią jak typowe manipulacje ciemniej strony. On naprawdę wierzy w to, co mówi. I to sprawia, że Devon nie wygląda na naiwną, wygląda na kogoś, kto wreszcie usłyszał coś, co ma sens.

Problem? Ten co zwykle. Jej los jest właściwie przesądzony. Do tej pory nie było jej w kanonie, nie słyszeliśmy o niej w przyszłych wydarzeniach, nie ma jej w żadnym zakamarku galaktyki. I to boli, bo postać ta zasługuje na długą i rozbudowaną historię.

Ale skoro Cal Kestis potrafił obejść narracyjne okowy, to może i Devon dostanie swoją szansę. Oby.

Mroczny Lord

No i dochodzimy do ostatniego tematu: wysokiego, milczącego i zabójczego Mrocznego Lorda.

Co prawda jego występ nie był żadną niespodzianką (wszak jeszcze przed premierą zaprezentowano plakat z jego udziałem), tym niemniej każde jego pojawienie się, czy to w animacji, czy w wersji aktorskiej, jest dużym wydarzeniem.

Tutaj nie zawiódł, ale też nie wywarł aż takiego wrażenia jak w Rogue One czy podczas pojedynku z Ahsoką w Rebeliantach. Czy to przez to, że nie przemówił ani jednym słowem? Niekoniecznie. Jego złowrogie milczenie działało lepiej niż niejedna kwestia dialogowa. Czuć było grozę, czuć było ciężar, czuć było, że oto na scenę wchodzi ktoś, kto wywraca obecny układ sił do góry nogami.

Szkoda tylko, że nie usłyszeliśmy Jamesa Earla Jonesa. To zawsze byłby duży plus.

Podsumowanie

Finałowe odcinki były dobre. Długimi momentami wręcz świetne. Ale nie były najlepszymi w sezonie. Zabrakło równowagi między akcją a emocjami, zabrakło oddechu, zabrakło domknięcia kilku pobocznych wątków, szczególnie tych związanych z Janix, którym nie oddano należnej sprawiedliwości.

Ale jako całość? Maul – Mistrz Cienia to absolutna czołówka gwiezdnowojennych seriali. Wizualnie błyszczy, fabularnie trzyma poziom, a główny wątek, mimo przewidywalności, jest poprowadzony perfekcyjnie.

Teraz pozostaje tylko czekać na drugi sezon. I trzymać kciuki, żeby twórcy nie tylko utrzymali poziom, ale jeszcze go podnieśli. Choć to będzie naprawdę trudne.

Recenzje poprzednich odcinków:

A oto recenzje poprzednich odcinków: