Tytuł: Chaper 1. Stranger in a Strange Land (Rozdział 1. Obcy na obcej ziemi)
Sporo czasu minęło odkąd ostatni raz aktorskimie Gwiezdne wojny gościły na naszych ekranach. Na szczęście wraz z pierwszym rozdziałem Księgi Boby Fetta ta posucha się skończyła. Jak zatem słynny łowca nagród wypadł w swoim solowym debiucie? Zobaczmy…
Pia(e)ski Tatooine
Gdy wraz z 2. sezonem Mandaloriaina dowiedzieliśmy się, że Boba Fett żyje, jednym z najbardziej nurtujących pytań stało się, jak wydostał się on z trzewi Sarlacca. Twórcy nowego serialu nie trzymali fanów za długo w niepewności i tę kwestię rozwiązali już na samym początku. Niestety scena okazała się niezbyt efektowna, a okoliczności wydostania się naszego bohatera dla mnie osobiście są mocno naciągane. Tym niemniej świadom jestem, że scena ta pojawić się musiała, więc może i dobrze, że nie poświęcono jej zbyt wiele i tak już mocno ograniczonego czasu (pierwszy rozdział to tylko 39 minut).
Tym bardziej, że rozprawa z lokatorem Wielkiej Jamy Carkoon była zaledwie jedną z wielu retrospekcji. Ma się wręcz wrażenie, że to właśnie z nich w większości składa się pierwszy odcinek. A że mają one dynamikę człapiącej banthy, to cała historia sprawia wrażenie nieco ociężałej.
Zadyszka Boby
Zresztą nie ona jedyna. Tytułowy bohater także nie prezentuje się najlepiej. O ile po wymiętoszeniu przez Sarlacca i przysmażeniu na pustyni miał pełne prawo nie być w formie, o tyle po samozwańczym przywódcy przestępczego podziemia Tatooine spodziewać się można było wiele więcej.
Ale najsłabiej wypadł tutaj i tak reżyser, bo to on ponosi odpowiedzialność za mało dynamiczne, pozbawione emocji i zwyczajnie słabe sceny akcji. Jest to tym bardziej rozczarowujące, że kto jak kto, ale Robert Rodriguez wie, jak robić dobre kino akcji i mam cichą nadzieję, że jeszcze nam to pokaże.
Lord Fett
Całkiem ciekawie zapowiada się natomiast motyw jednoczenia przestępczego półświatka, szczególnie że już teraz widzimy, że nie wszystko pójdzie tak gładko, jak Lord Fett by tego chciał. Zresztą audiencja Burmistrza Mos Espy, a raczej jego Majordomusa, to dla mnie zdecydowanie najlepsza scena całego premierowego odcinka.
Kolejnym elementem, który sprawdził się wyśmienicie, była muzyka, która szczególnie w retrospekcjach tworzyła niesamowity klimat i jak dla mnie, to właśnie ona była głównym źródłem emocji. Co ciekawe, ostatecznie Ludwig Göransson stworzył jedynie bardzo charakterystyczny motyw przewodni, który mimo swej niekonwencjonalności, świetnie wpisuje się w serial. Cała reszta muzyki, to zasługa Josepha Shirley’a, także i jemu należą się słowa uznania.
Lekki zawód wywołał u mnie brak pojawienia się jakiejkolwiek znanej twarzy (wybacz 8D8, Ty się nie kwalifikujesz), który sprawiłby, że odcinek zakończyłby się jeszcze mocniejszym akcentem, a ja jeszcze bardziej czekałbym na kolejny. Mimo to nie jest źle, a pierwszy rozdział Księgi Boby Fetta napawa umiarkowanym optymizmem co do dalszego rozwoju historii.
Przy okazji cieszy też fakt, że ponownie na koniec możemy cieszyć oko grafikami koncepcyjnymi.
Grafiki koncepcyjne
A oto ich galeria, aczkolwiek ostrzegamy o zawartych w nich spoilerach:













