Minął z górą tydzień, a mi w końcu udało się obejrzeć Deadpoola i stwierdzam, że zdecydowanie było warto!

Fabularnie przygody Wade’a Wilsoona nie są może niczym nadzwyczajnym, ale podane są w niezwykle smakowitej, a może raczej rozkosznie niesmacznej formie. Humor w filmie o stworzonej przez Roba Liefelda postaci nie posuwał się może tak daleko, jak ma to momentami w komiksach, ale i tak było to dużo, dużo więcej i bardziej, niż w jakimkolwiek innym filmie na podstawie komiksu Marvela.

Deadpool oferuje też widzom największą chyba ilość i intensywność akcji, jak i tzw. easter eggów. Ale jest i wątek romantyczny, w końcu jak informuje nas (a może ostrzega) sam bohater, jest to film o miłości. A choć zrealizowany jest on w klimacie idealnie dopasowanym do całej reszty filmu, jest on też zaskakująco wzruszający i wiarygodny – śmiem twierdzić, że to najlepiej rozpisane love story w komiksowym kinie.

Czy zatem Deadpool jest najlepszym filmem komiksowym? Hmmm, na pewno najzabawniejszym, aczkolwiek nie wiem, czy przewyższa ona oryginalnego Blade’a (jakoś bardzo lubię ten film), Guardiansów, Zimowego Żołnierza czy koalicję nolanowskich Batmanów, aczkolwiek w czołówce jest na pewno. Może zatem jest Deadpool chociaż najlepszym filmem tego roku? No jak na razie na pewno i być może pozostanie takim do grudnia 😉 Albo może tylko przez jeszcze około miesiąc, do premiery Captain America: Civil War.

Ale nawet jeśli Deadpool tytułem najlepszego nacieszy się tylko przez chwilę, i tak do kina było warto iść, oj bardzo było warto, a jeśli jakikolwiek niedosyt pozostał, to tylko dlatego, że Pyskatego Najemnika chciało by się więcej i więcej. Na szczęście część druga już w drodze, a Cable, jako gościnny występ wypaść powinien jeszcze lepiej, niż i tak zaskakująco dobry Colossus.