Przez ostatnie dwa tygodnie cały świat (nie tylko SW) żył niezwykłą walką Daniela Fleetwooda, śmiertelnie chorego fana, który pragnął przed śmiercią obejrzeć Przebudzenie Mocy. Lekarze nie dawali mu żadnych szans by dożyć premiery, ale poruszone jego heroiczną walką środowiska fanowskie wystosowały apel do twórców filmu, by umożliwić Danielowi spełnienie jego ostatniego życzenia.

Akcja zakończyła się sukcesem, a Daniel jako pierwszy fan na świecie, obejrzał Przebudzenie Mocy. Czy dzięki temu, gdy umierał pięć dni później, umierał szczęśliwy? Bardzo chciałbym tak myśleć, choć niestety w to wątpię. Tym niemniej Daniel i tak miał więcej szczęścia, niż bogu ducha winne ofiary zamachów w Paryżu. Ilu wśród nich było fanów, którzy nie zobaczą już Przebudzenia Mocy, ile matek, ojców, dzieci, Ile osób kochających i kochanych, po których pozostaną tylko żal i łzy…

I niegasnąca, choć niestety bezsilna nienawiść wobec ludzi… nie to już nawet nie ludzie, wobec tych wykolejeńców, którzy dopuszczają się takich aktów bestialskiej, niczym niesprowokowanej przemocy.

Powiem szczerze, że dotąd nie przeżywałem tragicznych wydarzeń, katastrof czy zamachów tak emocjonalnie. Może nie spływały one po mnie jak po kaczce, ubolewałem nad bezsensowną stratą życia, ale szybko stwierdzałem, że życie płynie nadal i trzeba się nim zając. Tym razem jest nieco inaczej, może dlatego, że tym razem terroryści uderzyli już w gruncie rzeczy bardzo blisko nas, w miejsce, gdzie sam nie raz i nie dwa bywałem. A może to historia Daniela sprawiła, że przeżywam to bardziej emocjonalnie. No w każdy razie z Paryżem łączę się w bólu, aczkolwiek powstrzymam się od wszelkich stanowczych odpowiedzi typu kolorowanie profilowego zdjęcia, hashtagów, lajków, łańcuchów, manif i innego ustrojstwa, które słusznie wykpił Rafał Ziemkiewicz. Poprzestanę na tym: