strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Komiksy > Recenzje > Marvel #1 nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny



Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...
W erze cukierkowych kolorów prosto z komputera i pseudo-mangowych buziek zerkających z lakierowanych okładek komiksów mało kto pamięta, jak wyglądał ten "biznes" zaledwie dwadzieścia (z hakiem) lat temu, a jeszcze mniej ludzi uwierzy, że komuś szybciej biło serducho, gdy drżącymi rękoma przerzucał kartki kolejnego numeru, dajmy na to, Amazing Spider-Mana czy Green Lanterna. A jednak, tak było, także w przypadku Gwiezdnych Wojen. Cofnijmy więc zegar do czerwca roku 1977. Oto w sklepach pojawił się Marvel Star Wars #1...
Ponad orbitą prowincjonalnej planety Tatooine dochodzi do nierównej potyczki złowrogich sił Imperium, w postaci Gwiezdnego Niszczyciela, z rebeliancką korwetą, przewożącą informacje najwyższej wagi dla Rebelii. Szanse na ucieczkę maleją niemalże do zera, gdy imperialni szturmowcy wdzierają się na pokład mniejszej jednostki. Udaje się to jednakże parze droidów: C-3PO i R2-D2 cudem unikają schwytania i na pokładzie kapsuły ratunkowej dostają się na piaszczysty bezkres Tatooine, tylko po to by trafić w ręce (?) Jawów - handlarzy złomem. Niestety, pojmania nie uniknęła członkini Imperialnego Senatu - Księżniczka Leia Organa, oskarżona o tajna współpracę z Rebelią. Lord Vader, obsesyjnie dążący do zgładzenia buntowników, ma nadzieję uzyskać od swego więźnia lokalizację ich tajnej bazy. Tymczasem droidy trafiają w ręce państwa Lars, farmerów. Opiekuje się nimi Luke Skywalker, prowincjonalny chłopak z dużymi aspiracjami. Podczas czyszczenia jednostki R2, przypadkiem odtwarza tajną wiadomość Księżniczki Lei do niejakiego Obi-Wana Kenobiego. Jako że przy okazji zdjął też małemu droidowi ogranicznik, ten zdecydował się uciec, by wypełnić bliżej nie sprecyzowaną misję. Luke'owi udaje się go doścignąć, lecz zostaje zaatakowany przez Ludzi Piasku. Na domiar złego Imperium odnajduje rozbitą kapsułę i ślady droidów...

Tak oto, w dużym streszczeniu, wygląda historia, którą opowiada pierwszy numer komiksowych Gwiezdnych Wojen spod szyldu Marvela. Adaptacja filmu wydaje się być decyzją dość logiczną, gdyż w tym konkretnym momencie jedynie w Nowej Nadziei zawierał się cały świat George'a Lucasa, wierzcie lub nie. By oddać w pełni nastrój filmu oraz, zapewne, by dać sobie nieco czasu na przygotowanie kolejnych opowieści, Marvel rozdmuchał ową adaptację do rozmiarów sześciu zeszytów.

Jakakolwiek analiza tegoż komiksu nie ucieknie zapewne od porównań z filmem. Pierwsze różnice rzucają się w oczy już przy drugiej kartce - jawi się przed nami sławna, a wycięta z filmu, scena z Lukiem Skywalkerem wpatrującym się w niebo i obserwującym potyczkę Imperium i Rebelii przez makrolornetkę. Dalej równie ciekawie - strona siódma prezentuje oczom czytelnika scenę przybycia Skywalkera do miasteczka Anchorhead, gdzie dzieli się swymi obserwacjami z przyjaciółmi. Zwieńczeniem tego spotkania jest dialog z Biggsem Darklighterem tuż przed jego odlotem z Tatooine. Czytelnik jest też świadkiem nieco odmiennych od filmu okoliczności porwania C-3PO i R2-D2 .


W zasadzie większość dialogów uległa zmianie, głównie skróceniu, w stosunku do scenariusza filmowego, co jest zrozumiałe ze względu na ograniczenia, nazwijmy to, "przestrzenne", które niesie ze sobą forma komiksu. Innym rodzajem mutacji kwestii wypowiadanych przez bohaterów jest wprowadzenie opisu czynności, zjawisk etc. Wynika to z założenia, iż czytelnik może nie wiedzieć jaką czynność, bądź zjawisko, przedstawia rysunek. Jest to trik tak stary jak cały przemysł komiksowy i stosowany jest nawet dziś, choć w nieco mniejszych proporcjach.

Jak powszechnie wiadomo, nic nie jest doskonałe i w dialogi wkradł się błąd. Podczas "kazania" Owena Larsa na temat czasu żniw i "następnego sezonu" Luke stwierdza, że wuj tak samo mówił rok temu, gdy planetę opuścił... Biggs. Ten sam Biggs, z którym parę kartek temu się żegnał.

Jeśli chodzi o warstwę graficzną, porównywanie jej z dzisiejszymi cudami techniki nie ma większego sensu, gdyż są to po prostu dwa odmienne style rysowania. W Marvel Star Wars #1 Howard Chaykin stawał bez wątpienia na głowie, by jak najwierniej oddać sceny filmowe. Czy mu się to udało? Po części na pewno, choć razi nieco w oczy karykaturalne oblicze Gwiezdnego Niszczyciela, czy przerysowane hełmy szturmowców i droidów. W innych przypadkach mamy jednak do czynienia z kreską zawierającą dużą dawkę ekspresji, nie stroniącą od poszarpanych krawędzi. Na szczególną uwagę, moim zdaniem, zasługują oblicza postaci nie zakutych w zbroje - świetna mimika i rysy twarzy.

Numer wieńczy kadr ukazujący Tuskena z bronią uniesioną nad głową Luke'a. Złowieszczy napis dużymi grubymi literami przepowiada rychłą śmierć młodzieńca. Czy to rzeczywiście koniec? Zapraszam do lektury Marvel Star Wars #2...

Excelsior!

Miagi

poniżej: Darth Vader zmęczony przesłuchaniami sięga po kubek kawy :)


|przeczytaj inne recenzje|

Tytuł: Marvel Star Wars vol. 1 #1
Scenariusz: Roy Thomas
Rysunki: Howard Chaykin
Kolory: Marie Severin
Wydawca: Marvel Comics Group
Data wydania: czerwiec 1977



Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016