strona głównastrona głównaforum dyskusyjnesklep fanów star wars
 Pseudorecenzja: wirtualna podróż międzywymiarowa po węgiersku nasze bannery
 Główna
 News
 Wojny klonów
 Epizod II
 Epizod III
 Komiksy
 Figurki
 RPG
 Clone Wars
 Galeria
 Wallpapers
 Czytelnia
 Wywiady
 Humor
 Bank Wiedzy
 Spotlite
 StarCast
 Wassup?
 Polski Stuff
 Fan Films
 O stronie

 Koszulki
 Sklep Star Wars


Sklep Gwiezdne Wojny




Wirtualna podróż międzywymiarowa po węgiersku
TMS


Wpadła mi ostatnio w ręcę antologia współczesnej fantastyki węgierskiej, pt. Spaceport: Stephen I w tłumaczeniu anglosaskim. W większości nic specjalnego (a, poczytać można). Spore wrażenie wywarły na mnie jednak dwa zawarte w zbiorku teksty, które to niniejszym opiszę.

Pierwszym jest opowiadanie sędziwego matematyka i filozofa, Lajosa Rigidiora. Rzecz nosi tytuł Prophecy i dzieje się w pozornie nieokreślonym świecie i czasach, które mają jednak, jak się zdaje, przypominać mniej lub bardziej dokładnie naszą, ziemską starożytność. Pierwsze strony tekstu wprowadzają nas w życie głównego bohatera, młodego pasterza o imieniu Asi. A jest to życie, trzeba przyznać, mało emocjonujące, wręcz nudne, choć dość błogie i bezstresowe.

Cała zabawa rusza w momencie w którym do Asiego zaczyna przemawiać tajemniczy i przejmujący głos. Słowa wypowiadane przez niewidzialnego nieznajomego nie pozostawiają czytelnikom żadnych wątpliwości - chłopak jest prorokiem, wybranym przez niebiosa do głoszenia prawdy o Bogu, życiu etc. W swojej paradygmatyce kazania Asiego przypominać zaczną wkrótce znane nam z Nowego Testamentu nauki Chrystusa. I to bezczelnie naiwne podobieństwo, choć jak mniemam konieczne dla odpowiedniego przedstawienia wizji autora, momentami raziło mnie i, co pewne, po prostu nudziło.

Lecz błogosławieni cierpliwi, albowiem będzie im dane poznać prawdziwy przekaz dzieła. I rzeczywiście, warto przebrnąć przez ten odtwórczy żywot naszej poważniejszej wersji MPythonowskiego Briana (nawet to imię jest ostentacyjną aluzją - Isa to przecież jedna z wersji polskiego Jezus!) W pewnym momencie misja naszego bohatera dobiega końca, a on sam zostaje (a jak!) wezwany wprost do nieba - publiczne show wniebowstąpienia tylko dostarczy wyznawców, rzecz jasna.

I tak ubrany, jak stał, Asi (czuje się dziwnie) trafia przed oblicze sympatycznego 50-latka w brązowym garniturze, który to, ów jegomość (nie garnitur) przestawia się jako Bóg. I przeprasza, bo tak naprawdę Bogiem nie jest. Tłumaczy biednemu, przerażonemu pasterzowi, że świat w którym chłopak żył jest fikcją, jedynie rzeczywistością doskonale wirtualną do której lat kilka wcześniej na stałe podłączona została grupa ludzi. W czasach owych bowiem ludzie dzielą się na tych, którzy żyją w zaprojektowanych wg. własnych potrzeb rzeczywistościach (niektórzy sami, inni w całych społecznościach) czy raczej nie-rzeczywistościach i na tych, którzy preferują życie ziemskie, to prawdziwe (a prawdziwość ta jest jednym z najważniejszych zapytań tego krótkiego tekstu). Przyjaciele czy rodzina Asiego wybrali akurat taki świat, niby-starożytny prawie Bliski Wschód, w którym to pragnęli pozostawać w wierze w Boga (coś na kształt wirtualnej komuny). W ten sposób, tj. w celu podtrzymywania religijnych uczuć tych nowoczesnych Amiszów, został Asi prorokiem.

Przed chłopakiem staje teraz nowe życie, na tej prawdziwej Ziemi. Ostatnią rzeczą, jaką mówi mu fałszywy Bóg jest, o ironio, opowieść o Bogu żydowskim. Asi wychodzi zamyślony na ulicę, próbuje sobie wszystko ułożyć w myślach. Rozmyśla, i ginie pod kołami futurystycznej turbo-ciężarówki.

Opowiadanie Rigidiora, choć czyta się je ciężko i momentami potrafi doprawy znudzić, jest wartościowe siłą pytań, jakie zadaje, oraz wyzwaniem do wspólnej zabawy intelektualnej rzuconym czytelnikowi. Na ile prawdziwy jest świat wirtualny? Jeżeli on nie jest, to czemu nasz ma być? Gdzie przebiega granica między bytem, a nie-bytem, fikcją, między prawdą, a fałszem? Autor zachęca odbiorcę do tańca myślowego, do swobodnego teoretyzowania. Niby-Bóg Asiego wspomina o istnieniu innych nie-rzeczywistości wirtualnych. Te światy stanowią wspaniałą, plastyczną podstawę do najróżniejszych rozważań. Jak łatwo usprawiedliwić nimi niemal każdą teorię filozoficzną. Np. Nietzschego koncepcja nadczłowieka. Jeżeli w tzw. wirtualu nie da się odróżnić zmysłowo prawdziwych dusz od programów (rzecz możliwa jedynie od kuchni) to czemu nie założyć, iż w naszym świecie również istnieje podział na ludzi duszę posiadających i na tych będących jedynie milionokomórkowymi kupami organicznego kodu?

Drugim tekstem jest interesujące studium rewolucji zawarte w opowiadaniu De gustibus non est disputandum Laszlo Trakaykiego. Początek XXIV stulecia po Chrystusie, miejsce: Europa (taki księżyc). Władzę w kolonii przejmuje grupa inteligentów. Rządy ich są bardzo światłe i przez cały czas autor sugeruje nam, że ta dyktatura jajogłowych jest niemal doskonałym system. W swym idealiźmie wprowadzają rządzący swoistą cenzurę - Urząd ds. Jakości Kultury. Pomysł jest prosty, odpowiedni urzędnicy kontrolują wszystkie kulturalne dziedziny życia, od telewizji, przez prasę, na literaturze skończywszy, tak by trzymały one odpowiedni wysublimowany poziom. Innymi słowy tępione są wszelkie przejawy kultury masowej, pornografia, głupie teleturnieje, kretyńskie reklamy czy komedie o nastolatkach niebosko debilnych. Osobiście rozwiązanie takie podoba mi się (3,8/5). Pojawia się jednak pewno "ale".

Utopia kończy się w momencie, gdy w społeczeństwie zaczyna kształtować się opozycja, złożona również z ludzi mądrych. Tej garstce młodych junaków bynajmniej nie przeszkadza dominacja kultury wyższej. Ich odrazę budzi raczej sama koncepcja władzy totalitarnej, nawet tak światłej. Priorytetem jest dla nich wolność. W efekcie niestety ludzie ci zaczynają jako symbol ciemiężącego lud rządu postrzegać biedną, forsowaną przez filozofów wysoką kulturę. Siłą rzeczy dochodzi w końcu do rewolucji i do koryta dorywają się dawni opozycjoniści. Powiadają, że im wyżej się wzbijesz, tym niżej spadniesz. Państwową religią staje się kult chamstwa i prostactwa, niczym w porewolucyjnej Rosji. Piłeczka zostaje odbita, a wysoka kultura zepchnięta do podrynsztokowego podziemia. Wizja smutna, przerażająca i niestety taka prawdziwa.

TMS

Figurki Star Wars


This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates.
Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd.
Website content (C) ICO Squad, 2001-2016