
| Ostatni felieton o dinozaurach | nasze bannery |
|
Twoje Miasto > 3miasto - Poznań - Śląsk - Warszawa - Wrocław - wszystkie miasta |
|
|
W swoim krótkim życiu widziałem wiele produkcji filmowych klasy B, a nawet C, lepszych i gorszych, głupich i jeszcze głupszych, z wampirami, naziolami, zombie, a nawet lesbijkami gwałconymi oralnie przez agresywnego przedstawiciela rzadkiego a nieznanego gatunku owadów z Brazylii (The Sick Girl). Ale pan Dinozaur jest naprawdę wyjątkowy. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu ten wyprodukowany niskim budżetem w 1977 roku (a to był dla filmowców chudy, marny rok) film obejrzał w 2002 znany i lubiany (oraz od jakiegoś czasu również martwy) piszarz Stanisław Lem. Obraz ów poruszył słynnego futurologa tak mocno (cytuję: "ten dinozaur dał mi pałką w łeb"), że ten poświęcił mu osobny felieton, który zatytułował bardzo dosadnie: Ostatni idiotyzm. W oczach takiego nerda jak ja - film nie mógł otrzymać lepszej rekomendacji. Rzecz zrodziła się z romansu grupy amerykańskich twórców z japońskimi statystami i specami od wielkich, godzillopodobnych potworów, za pieniądze Rankin-Bass Production (która, co ciekawe, w tym samym roku wyprodukowała również animowaną adaptację Hobbita). Pozycją tą swoje reżyserskie CV splamili niejaki Shusei Kotani (ten to powinien popełnić harakiri) i zmarły miesiąc temu Alex Grasshoff, czyli (o zgrozo) jakby nie patrzeć zdobywca Oskara. W rolach głównych chałturzyli sobie m.in. Richard Boone, Joan Van Ark i kultowy japończyk - Tetsu Nakamura (jako Dr. Kawamoto!). Fabuła naszej paleo-opowieści, o czym Lem mógł nie wiedzieć (i może lepiej dla Niego), w porównaniu z niektórymi produktami klasy B, nie jest szczytem (dnem?) ludzkich, ha ha, możliwości. Archetypiczny biały miliarder, który spędza życie jako poszukujący adrenaliny macho-myśliwy, skumał się z japońskimi naukowcami i wyrusza na czele (bodaj finansowanej przez siebie, nie jestem pewien, momentami zamykałem ze strachu oczy) wyprawy tzw. badawczej. Warto zwrócić uwage, że skład teamu nie jest szczególnie oryginalny, nie mamy więc tu ani wampirów, ni futrzanych misiów, ani nawet Stevena Seagala. Jest tylko blond lasencja, wysportowany murzyn, który sie giba i jakiś nudny koleś (tzw. nikt). Nasza dzielna ekipa wsiada do wyglądającej jak ruska (przepraszam, radziecka!) głowica jądrowa torpedy, za pomocą której nurkują pod lodowce bieguna południowego lub północnego (w tym filmie to naprawdę nie ma wiekszego znaczenia). Tam też, po przebiciu się przez freudowską górę lądową trafiają, jak łatwo było przewidzieć, w sam środek tropikalnego buszu. Właściwie to nie takiego znowu tropikalnego, gdyż wprawionemu odbiorcy rzuca sie w oko wysoki stopień podobieństwa do lasku kabackiego w Warszawie. Z tą jedynie różnicą, że na Kabatach nie latają pterodaktyle (albo: gumowe aligatory ze skrzydłami przywiązane sznurkami do sufitu). Nagle z otchłani głupoty i zza krzaków wychodzi coś, co wygląda jak jakaś mniej udana wersja godzilli (tej oryginalnej, japońskiej). Dopiero z dialogów udaje nam się dowiedzieć, że to nic innego, jak sam Tyrannosaurus Rex, czyli król. Niestety w tamtych czasach nie było jeszcze pokolenia JP2, tj. Jurajskiego Parku i ludzie nie posiadali elementarnej świadomości społecznej oraz wyszkolenia BHP. Dziś, dzięki produkcji Spielberga, każde dziecko wie, iż tyranozaur widzi tylko to, co się rusza, więc nas nie widzi, jeśli się... nie ruszamy. Szef wyprawy strzela do wielkiej jaszczurki, po czym z trudem uchodzą z życiem, uciekają przez las i paprocie. Rex (który również widocznie nie widział "JParku") metodą popychania czołem i pyskiem chowa przed rozbitkami ich podwodną rakietę w jakiejś mrocznej i niewdzięcznej jaskini pełnej kości. Następnie walczy z triceratopsem, który dziurawi wielokrotnie króla swymi kłami, co powoduje, że z dziur wyciekają strużki czerwonej (jak ten magnat z reklamy) krwi. Nie ma tego złego, jaszczurka odgryza triceratopsowi szyję czy głowę i później w spokoju już wylizuje (jak przypuszczam) swoje rany. W tym czasie mija oczywiscie kilka miesięcy w trakcie których koszule i spodnie członków wyprawy pozostają czyste i wyprasowane. Podróżnicy trafiają na grupę miejscowych jaskiniowców, czyli autochtonów przedpotopowych. Szef wyprawy szyje z kuszy do jednego z tutejszych neandertalczyków, który w logicznej tego konsekwencji umiera. Reszta przedludzi, grana przez umalowanych pastą do butów japońskich statystów w perukach, ucieka. Przy czym nie wszyscy, bowiem jedna ładniejsza pitekantropka dołącza do wyprawy, znajdując z jej uczestnikami szybko wspólny język (blondynka nawet uczy ją prania!). Film ciągnie się dalej, ekipa lata tu i tam, coś się dzieje na ekranie, ale ja nie wiem co, bo już dosłownie umieram przed ekranem mojego ciekłopłynnego monitora-telewizora. Wreszcie wspólnymi siłami, niczym dzielni przodownicy pracy z kołchozu albo niewolnicy-budowniczy akweduktów, z porąbanych drewna kawałków konstruują domowym sposobem rzymską balistę. W heroiczny geście bohaterski bogacz strzela do jaszczurki jakimś głazem, powodując w jej gumowej czaszce chwilowe wgniecenie, robi się kupa kurzu, blondynka z szatynem odnajdują ukrytą torpedę i pędem, po naprawieniu jej skomplikowanych komputerowych systemów, z owej dżungli uciekają. Myśliwy chyba zostaje z wybrudzoną smarem Japonką i rozpoczyna nowy rozdział w swoim życiu I wtedy pojawiły się kultowe czerwone napisy końcowe, a ja mogłem odetchnąć z ulga. Lem próbował, ja też się starałem (choć gorszy warsztat), ale tego dzieła słowami opisać po prostu nie idzie. Można streszczać fabułę, ale wrażeń estetyczno-wizualnych i geniuszu kolesia od ścieżki dźwiękowej na papier przelać się nie da. Niech więc przemówią zdjęcia - statyczne i ruchome. Pamiętaj czytelniku, że oglądasz je na własna odpowiedzialność. Ja ze swojej strony mogę jeszcze polecić zacną markę, która mi osobiście pozwoliła przetrwanie tego koszmaru: ![]() A tu są już wspomniane fotki i wideo-cytaty z samego filmu (przemycone specjalnie dla Was przez niejakiego Merridiusa):
Na jednym z zagranicznych serwisów filmowych napisali, że w tytule filmu wcale nie chodzi o dinozaura sensu dosłownego. Podobno to metafora - dinozaurem, czyli po prostu starym dziadem (fandomowym) na krawędzi wyginięcia, jest szef wyprawy, bogacz i myśliwy. Ostatni z wielkich białych macho. Zastanawialiśmy się z kumplem, jednym z moderatorów elitarnego forum Holonet.pl, czy tym tyranozaurem nie jest przypadkiem Stanisław Lem albo każdy widz, powszechnik, który jakimś cudem dotrwał do napisów końcowych. Wśród tych dinozaurów z pewnością był też i Spielberg, w którego późniejszego produkcji czuć duch "Ostatniego dinozaura". A może jedynie brak mi optymizmu... * Tekst można przeczytać m.in. tutaj This site is in no way sponsored or endorsed by: George Lucas, Lucasfilm Ltd., LucasArts Entertainment Co., or any affiliates. Star Wars and all its characters are (C) and TM by Lucasfilm Ltd. Website content (C) ICO Squad, 2001-2009 |
Współpracujemy z... ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |