Szczerze mówiąc, biorąc się za Utracone Gwiazdy nie za bardzo wiedziałem, czego spodziewać się po książce Claudii Gray, aczkolwiek nie spodziewałem się niczego dobrego. W teorii książka ta przeznaczona była bowiem dla tzn. young adults (z ang. młodzi dorośli), czyli osób około osiemnastego roku życia plus minus parę lat. A wiadomo, że dla odbiorców w tym wieku, to najgorszy chłam potrafi powstać, czyli wszelkie Zmierzchy, Niezgodne, czy tym podobne wynalazki.

Gdy doczytałem, że rzecz będzie o zakazanej miłości dwójki młodych ludzi, lampki ostrzegawcze paliły się już wszędzie. Zacisnąłem jednak zęby, zabrałem się za czytanie i… pochłonąłem wcale nie tak krótką książkę, niemal jednym tchem. A po lekturze uznałem, że jest to chyba najlepsza odsłona nowego, książkowego kanonu.

Star Wars Utracone Gwiazdy

Utracone Gwiazdy autorstwa Claudii Gray to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza książka nowego kanonu.

Wybór osi fabularnej początkowo wydał mi się bardzo karkołomny. Wszak motyw Romea i Julii znamy od niepamiętnych czasów, a po wiekach intensywnej eksploatacji trudno zrobić z nim coś oryginalnego. Autorka nie siliła się jednak na wymuszoną oryginalność. Zamiast tego postawiła na bardzo dobrze zbudowane i co ważniejsze, wiarygodne postacie Cieny Ree oraz Thane’a Karrela którym chyba tylko najbardziej bezduszne jednostki, nie będą kibicować i trzymać kciuków za ich happy end.

Nie jest to jednak tylko opowieść o miłości, ale także, a może przede wszystkim, o przyjaźni i dojrzewaniu. Tak tak, wiem jak to brzmi. Też miałbym ochotę przewrócić oczyma przed którymi jakieś Bevery Hills 90210, czy jeszcze durniejsze seriale dla nastolatków by mignęły. Ale tutaj ponownie Claudia Gray zaskakuje bardzo pozytywnie, a książka w teorii dla nieco młodszego odbiorcy, okazuje się bardziej dojrzała i emocjonalnie wiarygodna, niż wszystkie poprzednie.

Nie jest to bynajmniej jedyna zaleta Utraconych Gwiazd, gdyż w tych kategoriach należy także potraktować fabułę. Pozbawiona jest ona może fajerwerków, jednak w losy bohaterów bardzo zgrabnie wplata najważniejsze wydarzenia okresu rebelianckiego buntu. Samo w sobie, to jeszcze nic niezwykłego, bo podobny zabieg (choć nie taką skalę) widzieliśmy już w książce Battlefront: Kompania Zmierzch. Jednakowoż Lost Star idzie tutaj nie jeden, nie dwa, a wręcz trzy kroki dalej. Nie tylko uczestniczymy we wszystkich najważniejszych, znanych z oryginalnej trylogii (i nie tylko) wydarzeniach. Nie tylko widzimy je oczami obu stron konfliktu. Otrzymujemy także wgląd w psychikę poszczególnych bohaterów, a co ważniejsze w ich motywacje, które każą im służyć jednej, bądź też drugiej stronie. Tym samym jest to chyba pierwszy przypadek, gdy widzimy oficerów czy entuzjastów Imperium, których postępowanie jesteśmy w stanie zrozumieć, a oni sami budzić mogę autentyczną sympatię i/lub współczucie.

Ale nie mogę przecież piać tylko z zachwytu, więc na tym etapie wytknę Claudii Gray i jej książce jeden jedyny, niewielki minus, a jest nim cały drugi plan, który, z jednym małym wyjątkiem, praktycznie nie istnieje. Jest Ciena, jest Thane i długo, naprawdę długo nic. O dziwo nie wadzi mi to zbytnio, gdyż para głównych bohaterów jest bardzo absorbująca. Tym niemniej uważam, że pewne postaci (brat Thane’a na przykład) i wątki mogłyby być bardziej rozwinięte. Podobny zarzut można by mieć wobec samego zakończenia, które nastąpiło zbyt szybko i zbyt nagle, tak jakby autorka pod koniec swej pracy dostała przykazanie, by się streszczać.

Utracone Gwiazdy

Fanowskie wyobrażenie bohaterów książki Utracone Gwiazdy

Streszczać powinienem chyba i ja. Jednak nie mogę zakończyć, zanim nie wspomnę o jeszcze jednej, być może najważniejszej rzeczy, a mianowicie o… rodzicach Rey. Nie nie, to nie pomyłka, po lekturze książki Utracone Gwiazdy stwierdzam bowiem, że wyjąwszy dość egzotyczne teorie mówiące, że Rey jest klonem Imperatora czy reinkarnacją Anakina, Ciena i Thane są w tej kwestii jednymi z najpoważniejszych, jeśli nie najpoważniejszymi kandydatami. Co bowiem wiemy o Rey? Zarówno w kwestii pilotażu, jak i Mocy jest naturalnym talentem. Ma ewidentne powiązania z Rebelią (szmaciana laleczka wyobrażająca rebelianckiego pilota) oraz nieco mniej ewidentne, bardziej metaforyczne z Imperium (mieszkanie w rozbitym AT-AT). No i jest jeszcze Jakku – planeta pozornie pozbawiona znaczenia, poza może historycznym. A Ciena i Thane? Oboje pilotami byli zawołanymi, co wyjaśniałoby naturalny talent Rey. Ona dodatkowo zdaje się być wrażliwa na Moc, a już na pewno to właśnie ona (Moc, nie Ciena) splotła i na zawsze połączyła losy bohaterów. Kto wie, może właśnie po to, by spłodzili kolejnego wybrańca.

Nadałoby to tej i tak rewelacyjnej książce, jeszcze większego znaczenia i splendoru. Ale nawet jeśli koniec końców tak się nie stanie, to i tak Claudii Gray należą się słowa najwyższego uznania. Wyrasta ona bowiem na niekwestionowaną gwiazdę starwarsowej literatury, której mam nadzieję, nie utracimy za szybko.