Tytuł: Star Wars 021

Scenariusz: Jason Aaron

Rysunki: Jorge Molina

Historia: The Last Flight of the Harbinger, part I

13782257_1019957481452608_1773962929985299649_n

Po ostatniej, dłuższej historii – Rebel Jail, seria Star Wars zdaje się wracać na jak najbardziej właściwie tory, a kolejny story arc pod tytułem The Last Flight of the Harbinger zapowiada się wybornie. Po pierwsze mamy tutaj narratora, który przedstawia nam zupełnie nową perspektywę i świeże spojrzenie na galaktyczny konflikt Imperium z Rebelią, a do tego otrzymujemy grupę postaci, które mają potencjał, by dla serii Star Wars, stać się tym, kim Doctro Aphra, Triple Zero i Bee-Tee dla serii Darth Vader. Innymi słowy, mamy tutaj materiał na gwiazdy i to występujące, o dziwo, zbrojach szturmowców.

Nie mamy tutaj jednak do czynienia z pierwszym lepszym (a raczej gorszym) oddziałem wiadrogłowych, a z elitarną jednostką do zadań specjalnych, w której każdy z członków jest najwyższej klasy specjalistą w swej dziedzinie. Mamy zatem zaprawionego w bojach i śmiertelnie niebezpiecznego zwiadowcę, najwyższej klasy snajpera, pilota, eksperta od materiałów wybuchowych, technika, czy lubującego się w nieco cięższej broni „artylerzystę”. Na czele tej wesołej gromadki, a raczej bandy imperialnych zakapiorów stoi sierżant Kreel, członek elitarnej Pięści Vadera (501 Legionu), którego ostatni raz widzieliśmy, gdy infiltrował organizację Grakkusa Hutta na Nar Shadda, szkoląc przy okazji Luke’a we władaniu mieczem świetlnym.

To właśnie on jest narratorem i centralną postacią całej opowieści. Dowiadujemy się, że jego tragicznie dzieciństwo i historia niczym z mocno pokręconej wersji bajki o Kopciuszku, doczekało się swej imperialnej „matki chrzestnej”. Od tamtej pory Kreel nie ustaje w wysiłkach, by zapewnić galaktyce wolność, ład i porządek tropiąc wszelkiej maści terrorystów i anarchistów szerzących chaos i zniszczenie, których zwykliśmy nazywać rebeliantami.

Jak można się więc domyśleć, w komiksie akcji nie brakuje, właściwie nie zwalnia ona ani na moment. W normalnych warunkach już samo to w zupełności wystarczyłoby do zapewnienia przedniej rozrywki, ale tutaj, o dziwo, akcja jest zaledwie przygrywką – nieodzowną, ale jednak drugorzędną – dla rzeczy naprawdę istotnych i wciągających, a mianowicie do budowania niezwykłej galerii postaci i pokazaniu, że szturmowcy imperium nie muszą byś pośmiewiskiem galaktyki, a raczej są bohaterami walczącymi o jej ocalenie.

Świetnie sprawdzają się tutaj też ilustracje debiutującego w serii Jorge Moliny, który odpowiedzialny jest z unikalne wizerunki każdego ze szturmowców wchodzącego w skład Scar Squadronu, czy jak kto woli Task Force 99. Ale to nie jedyna jego zasługa. Co prawda nie tworzy on na kartach komiksu małych dzieł sztuki, jednaj jego surowy, oszczędny, a także nieco „brudny” styl idealnie pasuje do bardzo poważnej w tonie opowieści oraz brutalnych i bezkompromisowych walk będących integralną jej częścią.

Czy ten ton uda się utrzymać, gdy odział pod dowództwem sierżanta Kreela stanie na przeciw rebelianckich tuzów? Liczę na to bardzo, bo jeśli tak będzie, to otrzymać możemy absolutnie najlepszą historię spod znaku Star Wars, jak pojawiła się do tej pory w nowym kanonie. Szczególnie jeśli wisienką na torcie twórcy uczynią ponowne starcie Kreela z Luke’iem. Tak czy inaczej, już nie mogę doczekać się kolejnego numeru.

Ale zanim to nastąpi, zapraszam Was do lektury recenzji poprzednich numerów:

(Kroniki Bena Kenobiego)

(Rebel Jail)

A oto inne warianty okładek:

13692677_1019957621452594_1766791700894648021_n