Tytuł: Przebudzenie Mocy

Autor: Alan Dean Foster

Wydawca: Uroboros

RECENZJA KSIĄŻKI - Przebudzenie Mocy

Od premiery Przebudzenia Mocy w Wiśle upłynęło już całkiem sporo wody, a ja dopiero teraz zabrałem się za lekturę książkowej adaptacji filmowego hitu. Nie było to bynajmniej podyktowane moją opieszałością czy  lenistwem, a opóźnieniem, którego niestety doświadczamy, gdy idzie o polskie wydania książek spod znaku Star Wars. Niestety w najbliższym czasie się to pewnie nie zmieni (ciekawe kiedy w Polsce ukaże się książka mająca być wprowadzeniem do Rogue One), więc nie ma co nad tym nadmiernie biadolić. Zamiast tego lepiej zabrać się za recenzję.

Przyznam szczerze, że żadnej z wcześniejszych adaptacji kolejnych Epizodów nie czytałem, więc nie wiedziałem za bardzo czy spodziewać się bardzo dokładnej kalki ze scenariusza, czy też raczej czegoś nowego, głębszego i nadającego historii nowej głębi. Teoretycznie osoba autora, dla którego adaptacje Gwiezdnych Wojen to nie pierwszyzna, powinna stanowić otuchę i dobry prognostyk, ale wątpliwości pozostały, czy jak by powiedział ten czy ów bohater Gwiezdnej Sagi – I have a bad feeling about this.

No i najwyraźniej silny jestem mocą, bo moje przeczucia niestety się sprawdziły, gdyż książkowa adaptacja Przebudzenia Mocy miała kilka poważnych mankamentów.

Po pierwsze i najważniejsze, książka nie wniosła praktycznie nic do historii. Owszem, pokazała kilka dodatkowych scen, ale poza wyjaśnieniem niezbyt ważkiej kwestii ocalenia Poe, były one pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Nie może zatem dziwić, że zostały z filmu wycięte, co więcej, możemy być za to twórcom wdzięczni, bo przecież chyba nikt nie obgryzał ze zniecierpliwienia paznokci czekając na kolejne pojawienie się Unkara Plutta, a pościg ścigaczami na powierzchni bazy Starkiller, wnioskując z opisu, też do najbardziej emocjonujących nie należał.

Jeszcze gorsze jest to, że pewne sceny, które po seansie filmu interpretować można było na różne sposoby, w książce odarte zostały ze swej wieloznaczności i pewnego niedookreślenia. Mowa tutaj głównie o momencie śmierci Hana Solo. W filmie nie widzimy, kto tak naprawdę aktywuje miecz. Na kanwie tej niewiadomej powstała teoria, że Han sam aktywował miecz poświęcając się dla syna w nadziei, że to pozwoli ponownie zwrócić go ku światłu. Lub teoria idąca jeszcze dalej, że wszystko to było od początku ukartowane, a Ben Solo jest agentem Ruchu Oporu działającym „pod przykrywką”. Ale niestety, książka ukróca tego typu rozważania i jednoznacznie mówi, że to Kylo Ren, z zimną krwią, zabił swego ojca.

Nie zachwycił też styl prezentowany przez Alana Deana Foresta, który okazał się w najlepszym razie doskonale nijaki, a w najgorszym boleśnie toporny. A co gorsza, nie był on w stanie zbudować jakiegokolwiek napięcia. Owszem, autor zadanie miał mocno utrudnione, bo zapewne przynajmniej 90% odbiorców jego książki oglądało wcześniej film, tym niemniej wątpię, by książka odbierana była znacznie lepiej, przez osobę, która Przebudzenia Mocy nie czytała. Do poziomu samej powieści dostosował się też tłumacz, który co i rusz pozwalał sobie na kolokwializmy, jakie kompletnie mi do książki nie pasowały. Jako przykład podam tutaj „huncwota”, który owszem, mógł być bardzo subtelnym naigrywaniem się z polskiego tytułu Rogue One (i wtedy szacun), ale wyglądał bardziej jak dość marna próba podkoloryzowania kiepskiego materiału źródłowego. Oczywiście istnieje też możliwość, że to ów materiał sam wprowadzał takie kwiatki, a ja czepiam się bogu ducha winnego tłumacza, ale niestety, nie czytając oryginału, nie jestem w stanie tego zweryfikować.

Czy książka Przebudzenie Mocy jest zatem złem wcielonym i kompletną stratą czasu? Jednak nie, bo choć niewiele jest rzeczy, za które mogą ją pochwalić i dla których warto było ją przeczytać, to takowe gdzieś tam były. Myślę tutaj przede wszystkim o dodatkowych informacjach i wglądzie w psychikę poszczególnych bohaterów. Okazji do tego nie było wiele, ale jednak się co jakiś czas pojawiały, szczególnie w przypadku Rey. Mogliśmy się na przykład dowiedzieć, jak silne są jej uczucia wobec Unkara Plutta, czy że znacznie bardziej prawdopodobny jest jej związek z Poe, niż z Finnem (który nie dość, że został pocięty przez Kylo, to jeszcze na dokładkę Rey go potem „zfriendzone’owała”). Z książki dowiedzieć się też można bardzo ciekawej rzeczy o Snoke’u, która z pewnością winna być brana pod uwagę przy konstruowaniu wszelkich teorii na jego temat.

Biorąc wszystko to pod uwagę oceniam książkę na 5/10, co znaczy mniej więcej tyle, że większość fanów po nią w wolnej chwili sięgnąć powinna, choćby dla tych kilku małych smaczków, a i na półce z resztą książkowej kolekcji, wyglądać będzie nieźle.