Tytuł: Twilight of the Apprentice

Oto i jest finałowy, podwójny odcinek wieńczący drugi sezon serialu Star Wars Rebels, sezon, który szczególnie w drugiej części prezentował naprawdę wysoki poziom. Warto było czekać i przecierpieć niemrawe początki, by dostawać właśnie takie odcinki, jak Twilight of the Apprentice. Tutaj podobnie jak w przypadku Shroud of Darkness, nie mogłem powstrzymać się od

S    P    O    I    L    E    R    Ó    W

zatem czujcie się ostrzeżeni, a ja przechodzę do rzeczy…

Zgodnie z oczekiwaniami, nasi bohaterowie w osobach Ezry, Kanana, Ahsoki oraz Choppera, zgodnie z sugestią mistrza Yody udają się na Malachor, gdzie, jak się okazuje, poznać mają tajemnice Sithów – wszak pierwszym krokiem do pokonania wroga, jest jego zrozumienie. Okazuje się też, że świat ten, będący w przeszłości najprawdopodobniej bazą Sithów, został zniszczony w wyniku wielkiej wojny, którą mroczni lordowie stoczyli z Zakonem Jedi, a której pozostałości wciąż da się na planecie zaobserwować.

Okazuje się, że Rebelianci nie są jedynymi, których zwabiły tajemnice oraz potęga (o niej nieco później) dawnej świątyni Sithów. Poszukuje ich także „Cień”, którego śladem podążają Inkwizytorzy. Cieniem jest oczywiście Maul (już nie Darth), który dzięki bardzo szczęśliwego zbiegowi okoliczności trafia na zagubionego Ezrę. Zagubionego dosłownie (odłączył się on od swych przyjaciół) i w przenośni (znajduję się na rozdrożu, a Ciemna Strona zdecydowanie go kusi). Młody Padawan szybko przekonuje się, że z byłym sithem ma zaskakująco dużo wspólnego i zapewne dlatego ten ostatni z taką łatwością subtelnie przemyca swe nauki. I tutaj nastąpił jeden z najfajniejszych zabiegów w całym odcinku, a mianowicie nauki Maula, które brzmią bardzo podobnie, do tych, których Yoda udzielał Luke’owi na Dagobah, momentami są to wręcz te same słowa.

W tym czasie Kanan i Ahsoka natykają się na trójkę inkwizytorów i walczą z nimi ze zmiennym szczęściem. Zresztą walki z inkwizytorami trwają zdecydowanie zbyt długo i przez większość czasu nie wnoszą nic do fabuły. I to jest tak naprawdę największe rozczarowanie odcinka, bo choć zawsze fajnie obejrzeć naparzankę na miecze świetlne, to gdy służy ona li tylko jako zapychacz, to traci wiele ze swej epickości.

Zresztą w czasie gdy trwały przepychanki między Jedi a inkwizytorami, Maul zdążył zdobyć zaufanie Ezry, a także wspólnie (wszak zawsze musi być Dwóch – Mistrz i Uczeń) zdobyli Holokron Sithów, który jak się okazało, jest kluczem do aktywowania świątyni i zdobycie zawartych w niej tajemnic. Na tym etapie mogli oni w końcu włączyć się do akcji i nagle okazało się, że inkwizytorzy są nikim więcej niż „red shirt delux” (po naszemu nieco lepsze mięso armatnie) i zaczęli padać jak muchy wyżynani przez Maula (na tym etapie nie udało mu się jeszcze zachęcić Ezry do zabójstwa).

Oczywiście koniec końców szydło wyszło z worka, a Maul zrobił to, czego wszyscy się spodziewali, czyli zaczął realizować swój cel. Od początku było nim aktywowanie świątyni, która okazała się nie tylko swego rodzaju biblioteką, ale także potężną stacją bojową, która miała mu (Maulowi) pomóc zemścić się na sithach. Kanan i Ahsoka mieli oczywiście inne plany, natomiast Ezra… Ezra miał przechlapane, bowiem zaraz jak tylko „odpalił” świątynię”, stanąć musiał na przeciw Dartha Vadera, który pojawił się wezwany przez inkwizytorów. I to jak się pojawił! Widok mrocznego lorda dosiadającego swego TIE Fightera niczym rumaka był naprawdę epicki!

Ale żeby nie mieszać za wiele, opiszę teraz wątki poszczególnych bohaterów:

Maul – gdy zaatakował naszych bohaterów oślepiając przy tym (być może permanentnie) Kanana, w tle dały się słyszeć nieśmiałe fragmenty ultra epickiego utworu Duel of Fates. I to niestety był boleśnie niewykorzystany potencjał, bo walka, choć dość krótka, byłaby bez porównania bardziej emocjonująca z taką muzyka.

Ahsoka – dzielnie stawiła czoła Maulowi, gdy Kanan zbierał się z podłogi, a gdy ten…

Kanan – odnalazł starą maskę świątynnego strażnika, a wraz z utratą wzroku, odnalazł także nowe pokłady Mocy i pewności siebie. Odesłał zatem Ahsokę, by pomogła Ezrze, a sam bardzo łatwo poradził sobie z Maulem – choć Maul jest już dość leciwy, to i tak uważam, że ta walka skończyła się zbyt szybko.

Ezra – ambicja go nieco poniosła i spróbował nawet zaatakować Vadera. Przypłacił to jednak permanentną stratą swego miecza świetlnego i tylko pojawienie się Ahsoki pozwoliło mu zachować życie.

I tutaj znów nie zagrała (nomen omen) muzyka. Pierwsze takty, które towarzyszyły pojawieniu się Ahsoki były czymś zupełnie innym, niż to, do czego przyzwyczaił nas John Williams, ale pasowały idealnie i chciałem więcej. Niestety tego nie dostałem, a muzyka zeszła na drugi plan i zamiast potęgować emocje związane z pojedynkiem Ahsoki i jej dawnego Mistrza, stanowiła tylko zło koniecznie.

A sama togrutańska już-nie-Jedi? Niemal do końca nie mogła, a raczej nie chciała uwierzyć, że pod czarną maską, kryje się osoba, będąca kiedyś Anakinem Skywalkerem. Pogodziła się z tym dopiero, gdy udało jej się uszkodzić jego hełm i spojrzeć smutnej prawdzie prosto w oczy (a raczej w oko). Stało się też jasnym, że była Jedi nie ma szans w starciu ze swoim dawnym mistrzem i to właśnie jej zmierzch wieścił tytuł odcinka (ale czy tylko jej?). Udało jej się jednak powstrzymać Vadera na tyle długo, że Ezra wraz Kananem zdołali odzyskać holokron i uciec zanim świątynia uległa zniszczeniu.

Zresztą, jak się nad tym zastanowić, to nie mamy pewności, że Ahsoka zginęła, bowiem z ruin świątyni wychodzi co prawda tylko mocno poobijany Vader, to śmierci jego byłej Padawanki nie zobaczyliśmy. Natomiast na pewno przeżył Maul, który zbiegł z Malachor na „pożyczonym” od inkwizytorów statku (i tam nie byłbym im już potrzebny).

Ale najlepsza jak dla mnie i tak jest ostatnia scena, która każe poważnie się zastanowić w jakim kolorze będzie nowy miecz świetlny Ezry.

Podsumowując finał sezonu była bardzo, ale to bardzo godny. Oczywiście przeszkadzają mi inkwizytorzy, która dużo za długo służą w roli zapychaczy, boli mnie także, że twórcy nie zagrali więcej i lepiej muzyką, tym niemniej nie zabrakło epickich momentów, które mogą mieć poważny wpływ na dalszy rozwój naszych bohaterów. I to kolejny plus – pewnych posunięć się nie spodziewałem i choć scenarzyści jak ognia bali się najwyraźniej rozwiązań ostatecznych (wspomniany brak pokazania śmierci Ahsoki), to jednak główne postaci pchnęli na nowe, bardzo intrygujące tory.

Swoją drogą to zastanawiam się, czy z czasem Kanan nie wyewoluuje przypadkiem w kogoś takiego jak znany z Expanded Universe, ślepy Jedi – Rahm Kota – trudno oprzeć się wrażeniu, że pewne podobieństwo zdecydowanie jest, ciekawe tylko czy przypadkowe, czy zamierzone.

 

Ale tego jeszcze pewnie nie szybko się dowiemy, a tymczasem odcinek ten, choć niepozbawiony mankamentów, i tak oceniam na 10/10 i już nie mogę doczekać się kolejnego sezonu.


A oto recenzje poprzednich odcinków: