Caspar David Friedrich – Pejzaż zimowy

Były już tutaj parę razy bliskie spotkania ze sztuką malarską. Była gwiezdna wariacja na temat Lekcji anatomii Rembrandta, była bardzo znana Gwieździsta Noc Van Gogha, oraz jeszcze bardziej rozpoznawalna Lekcja Anatomii Leo Da Vinciego, był też Claude Monet, który towarzyszył Kobiecie z parasolką podczas Spaceru, a wczoraj Piknik na trawie Edouarda Maneta. Dlatego też dziś jest jeszcze większa porcja światowej sztuki w wersji Star Wars, a wszystko to okraszone moimi rozważaniami na temat sztuki.
A dlaczego w ogóle podejmuję taki temat? Nie nie, bynajmniej nie dlatego, że sztuki jestem koneserem, znawcą, czy tym bardziej twórcą. Nie jest to też lans na sztukę, bo za stary już jestem na takie numery. Powód moich rozważań jest nader prozaiczny, otóż w piątek popołudniu, w pracy jeszcze będąc i odbywając moją ostatnią przed weekendem przechadzkę do kuchni usłyszałem na wejściu pytanie – „czym jest sztuka?”. Bynajmniej mnie to nie zdziwiło, bo piątek popołudniu, gdy wszyscy czują już nadchodzący weekend, sprzyja różnym dziwnym rozkminom, a biorąc pod uwagę, że pytali informatycy, pytanie i tak nie było tak dziwne. No ale padło, a ja poczułem się wywołany do tablicy.
Temat sztuki mięsa, która była moim pierwszym skojarzeniem, pominę i przejdę jednak do sztuki, że tak powiem właściwej. Od pytania czym jest sztuka uchylę się jednak i skupię się bardziej na próbach zrozumienia, co ją tworzy, a dokładniej, co sprawia, że dana „sztuką” za takową zostaje powszechnie uznawana.
A podstawę rozważań przyjmę tutaj hipotetyczne dzieło, obraz, który dla laika sztuką bynajmniej się nie jawi, a na który składa się na przykład jakaś jedna kreska, kropka, czy inne maźnięcie.  Obraz z typu „nawet ja bym coś takiego namalował”, ale przecież nie raz takie obrazy faktycznie za sztukę uchodzą i nabywane są za grube miliony.
No ale skoro mamy już hipotetyczne dzieło, można iść dalej, czy zastanowić się czy sztukę sprawia ona sama? Oczywiście może, są bowiem dzieła, które są genialnością i wiekopomnością aż promieniują i nawet totalni ignoranci za sztukę je uznają. Jednak nasz hipotetyczny przykład do takiej kategorii bynajmniej nie należy, więc trzeba szukać dalej.
Może do stworzenia sztuki wystarczy osoba autora? Jeśli jest wystarczająco uznany twórca, to ludzie jako sztukę łykną każdy chłam, jaki spod jego ręki wyjdzie? Pewnie tak, ale uznanie i sławę trzeba jakoś zdobyć, więc nadal szukamy. Może więc wystarczy swą artystyczną wizję uzasadnić. Może nasza hipotetyczna kreska na białym te, to tak naprawdę smutny obraz degrengolady
obecnego społeczeństwa z ostrym rysem marności wyznawanych przezeń wartości? Nie wiem, co prawda, co by trzeba ćpać, by to zobaczyć, ale może można. Tym niemniej wydaje się to teoria mocno naciągana.
Sztukę muszą zatem sprawiać ludzie… Ale ale, przecież naprawdę wysokie przejawy sztuki, to nie rozrywka dla mas, więc i ludzie nie mogą być raczej ciemną, pospolitą tłuszczą (choć i tej nie można odmawiać prawa do sztuki, tyle tylko, że swego pokroju). Ale jeśli sztuką nazwą jakąś pracę odpowiednio szanowane i opiniotwórcze kręgi, nie potrzeba właściwie nic więcej i okazuje się, że w teorii artystą zostać może każdy. Z jednej strony myśl to bardzo pokrzepiająca, by każdy z nas ma cień szansy, no ale właśnie, każdy z nas, KAŻDY ma cień szansy zostać uznanym, uwielbianym artystą, a ja chyba nie chciałbym oglądać „sztuki” w wykonaniu co poniektórych.
No i jest jeszcze jedna droga artystycznego rozwoju. Można umrzeć, bo nie od dziś wiadomo, że nic tak nie rozwija kariery i nie buduje uznania dla artysty, jak jego śmierć.
A oto jeszcze kilka przykładów sztuki najwyższych lotów:
Edgar Degas – Lekcja tańca
Jack Vettriano – Śpiewający lokaj
Pierre-Aguste Renoir – Głowa psa
M.C. Escher – Odbicie w kuli
Andy Warhol – Elvis I & II